niedziela, 30 października 2011 Sukces policji. Schwytano groźnego gangstera Po jedenastu latach poszukiwań wyjątkowo groźny gangster wpadł w ręce policji – informuje TVP Info. Wojciech B. był na policyjnej TOP-liście poszukiwanych w związku z licznymi przestępstwami, które miał popełnić. Jednym z zarzucanych mu czynów jest zabójstwo. Mężczyzna wpadł w ręce funkcjonariuszy w Wielkiej Brytanii.
– Był totalnie zaskoczony. Poszukiwaliśmy go za zabójstwo, udział w zorganizowanej grupie przestępczej, oszustwo i wymuszenia rozbójnicze – przyznał Zbigniew Maj, wiceszef Centralnego Biura Śledczego.
Zatrzymania dokonali policjanci z wydziału operacji pościgowych Komendy Głównej Policji, przy współpracy z brytyjskimi funkcjonariuszami. Choć wydział działa dopiero od pół roku, to ma na swoim koncie już kilka spektakularnych zatrzymań. Policjanci złapali m.in. Rafała S., ps. "Szkatuła".
– To są bardzo doświadczeni w poszukiwaniach policjanci. Powołując ten wydział chcieliśmy stworzyć komórkę, która będzie się mogła skoncentrować na konkretnych sprawach – mówił Maj cytowany przez TVP Info.
"Szkatuła" złapany po dziesięciu latach
"Szkatuła" był numerem jeden na policyjnej liście najbardziej poszukiwanych przestępców. Szukano go przez 10 lat; wystawiono za nim osiem listów gończych oraz dwa Europejskie Nakazy Aresztowania. Policja zatrzymała go w połowie maja w Lesznowoli pod Warszawą.
W październiku warszawski sąd skazał go na karę 5,5 roku więzienia i 10 tys. zł grzywny m.in. za kierowanie gangiem. "Szkatuła" dobrowolnie poddał się karze, ale nie przyznał się do winy. Akt oskarżenia obejmował 12 zarzutów, odnoszących się do lat 1997-2006.
Najpoważniejszy dotyczył kierowania zorganizowaną grupą przestępczą "śródmiejsko-wolską", która specjalizowała się m.in. w wymuszeniach. Pozostałe były związane m.in. z kradzieżami luksusowych samochodów, handlem heroiną oraz podrobieniem dokumentu i wyłudzeniem od pracownika Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego poświadczenia nieprawdy poprzez wystawienie paszportu na nieprawdziwe dane. źródło: TVN24 ____________________________________________ | czwartek, 27 października 2011 Zarzuty dla byłych dyrektorów MSWiA Zarzuty przyjmowania i wręczania łapówek w wysokości większej niż 200 tys. zł, niedopełnienia obowiązków oraz ukrywania środków płatniczych usłyszało sześć osób, w tym dwóch b. dyrektorów MSWiA zatrzymanych wczoraj przez CBA.
Jak poinformował rzecznik warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej Zbigniew Jaskólski, czynności z zatrzymanymi prokuratorzy rozpoczęli dzień wcześniej. - Dzisiaj są one kontynuowane i potrwają prawdopodobnie do godzin popołudniowych - powiedział.
Dodał, że po ich zakończeniu mają zapaść decyzje, czy prokuratura będzie występowała do sądu z wnioskami o areszt i w przypadku których osób. Poinformował również, że za przyjmowanie i wręczanie łapówek dużej wartości grozi podejrzanym nawet do 12 lat więzienia.
W środę CBA zatrzymało m.in. dwóch oficerów policji - byłego dyrektora Centrum Projektów Informatycznych (CPI) MSWiA i jego ówczesnego zastępcę. Ani warszawska prokuratura apelacyjna, która wszczęła śledztwo w tej sprawie, ani CBA nie chciały podawać żadnych szczegółów. Nie ujawniły też, jakich i ilu przetargów dotyczy sprawa, poza tym, że ma to związek z informatyzacją resortu.
Komendant główny policji Andrzej Matejuk zapewniał, że żaden z dwóch zatrzymanych policjantów nie zajmował w KGP stanowisk kierowniczych. Zapowiedział również, że jeśli usłyszą oni zarzuty, zostaną zawieszeni w pełnionych czynnościach do czasu wyjaśnienia sprawy, a w przypadku potwierdzenia zarzutów - będą zwolnieni dyscyplinarnie.
Zatrzymanie obu oficerów ma związek z nieprawidłowościami, do których doszło, gdy byli oddelegowani do MSWiA i zajmowali się tam projektami informatycznymi. Jak ustaliła PAP, obaj oficerowie pracowali w MSWiA w latach 2008-2010. Po powrocie do KGP pracowali w biurach logistycznych.
Ze źródeł zbliżonych do sprawy PAP dowiedziała się, że zatrzymany przez CBA b. szef CPI został odwołany za stanowiska przez obecnego ministra Jerzego Millera ok. półtora roku temu. Sprawa ta - według informatorów PAP - miała związek z audytem, który zlecił Miller, a który dotyczył zawartego w poprzednich latach kontraktu na budowę sieci teleinformatycznej. Zwycięzca wyłoniony został za czasów poprzedniego szefa resortu Grzegorza Schetyny. Kontrolerzy sprawdzali wówczas też inne przetargi związane z informatyzacją resortu.
Sprawę opisywał w lipcu 2010 r. "Dziennik. Gazeta Prawna". Według gazety wątpliwości wzbudzało to, że w przypadku sieci nie zastosowano pełnej procedury przetargowej, a skorzystano z trybu specjalnego, co tłumaczono względami bezpieczeństwa. Audyt - jak ustaliła PAP - zakończył się zawiadomieniem, skierowanym do warszawskiej prokuratury okręgowej. Według informatorów PAP obecne zatrzymania mają jednak związek z inną sprawą. źródło: PAP ____________________________________________ | czwartek, 27 października 2011 Nieoczekiwana decyzja dotycząca przetargu na samoloty Przetarg na samolot szkolno-bojowy został unieważniony - poinformował rzecznik MON Jacek Sońta. MON na razie nie podaje powodów podjęcia takiej decyzji. Na godz. 12 zapowiedziana jest konferencja prasowa w tej sprawie.
W komunikacie przesłanym PAP Sońta poinformował, że zmieniła się koncepcja zakupu samolotu - zamiast maszyny szkolno-bojowej wojsko chce kupić samolot szkolny. Dlatego MON zamknął postępowanie przetargowe na dostawę sprzętu.
MON na razie nie podaje powodów podjęcia takiej decyzji. Na godz. 12 zapowiedziana jest konferencja prasowa w tej sprawie.
Jak dowiedziała się PAP ze źródeł zbliżonych do resortu, armia uznała, że nie jest jej obecnie potrzebny samolot o właściwościach bojowych, ale maszyna do szkolenia pilotów. Przy obecnej specyfikacji przetargu nie było szans na wybór takiego sprzętu.
Przetarg na 16 samolotów klasy LIFT (Lead-In Fighter Trainer) wraz z całym systemem szkolenia, w tym symulatorem i wyposażeniem sal wykładowych, ruszył we wrześniu 2010 r. Miał wyłonić dostawcę samolotów zaawansowanego szkolenia, na którym mogliby się uczyć i trenować piloci F-16. MON planował, że przetarg zostanie rozstrzygnięty do końca roku, a samoloty dostarczone w latach 2013-15.
W sobotę minąłby kolejny termin składania ofert przez firmy startujące w konkursie. MON wcześniej dwukrotnie go przesuwał - najpierw miał to być koniec lipca, potem - koniec sierpnia. Szef MON Tomasz Siemoniak, przekładając termin składania ofert na koniec października, zapowiadał, że to już ostatnia taka zmiana.
Siemoniak, obejmując na początku sierpnia resort obrony, zlecił przeanalizowanie przetargu. Ekspertyza miała określić, jak system szkolenia zaawansowanego pilotów wpisuje się w zalecenia raportu komisji, która badała katastrofę smoleńską. Jej raport wskazał wiele niedociągnięć w systemie szkolenia, w następstwie czego szef MON zdymisjonował kilkunastu oficerów odpowiedzialnych za szkolenie pilotów, w tym trzech generałów. W tej liczbie byli ówczesny szef szkolenia Sił Powietrznych oraz jego poprzednik.
Z kolei pod koniec sierpnia odpowiedzialny za zakupy uzbrojenia wiceminister Marcin Idzik zapewniał, że MON nie rozważa szkolenia pilotów za granicą (obecnie część szkolenia pilotów F-16 odbywa się w USA), a przetarg na samolot szkolno-bojowy będzie kontynuowany.
Wstępne oferty złożyło pięć firm: Korea Aerospace Industries (KAI) z T-50 - jedynym naddźwiękowym samolotem w tym przetargu, opracowanym przy współpracy z koncernem Lockheed Martin, producentem F-16; włoska Alenia Aermacchi z M346; koncern BAE Systems oferujący znane brytyjskie samoloty Hawk najnowszej generacji; fińska Patria proponująca używane Hawki starszej generacji, ale po modernizacji; oraz czeska Aero Vodochody z L-159.
Ostatecznie w przetargu pozostało tylko dwóch oferentów - Włosi i Koreańczycy. Brytyjczycy, Finowie i Czesi się wycofali.
Komentatorzy już wcześniej zwracali uwagę, że nacisk na właściwości bojowe i związane z tym wymagania dotyczące awioniki faworyzują produkty koreański i włoski, a wymóg radaru spełnia tylko samolot koreański, Włosi musieliby dokonać zmian w konstrukcji.
Informację o anulowaniu przetargu i rozpisaniu go na nowo jako pierwsza podała TVN24. źródło: PAP ____________________________________________ | czwartek, 27 października 2011 Generał dostał order. "To zupełnie niebywałe" - To zupełnie niebywałe. Te odznaczenia i awanse przed zakończeniem dochodzenia prokuratury w tej sprawie – powiedział płk Andrzej Pawlikowski (szef BOR w 2006-2007) w "Super Expressie", na temat generała Mariana Janickiego, który po tragedii smoleńskiej, został odznaczony orderem przez ministra Radosława Sikorskiego za zasługi we wzmacnianiu wizerunku i pozycji Polski na świecie. – To dla mnie wyjątkowa niezręczność względem rodzin ofiar – dodał na ten sam temat Gromosław Czempiński (generał w stanie spoczynku, były szef UOP). 
Andrzej Pawlikowski dodał, że szef BOR, generał Janicki, nie ma pojęcia o kwestiach bezpieczeństwa najważniejszych osób w państwie. – Przecież gen. Janicki zajmował się tylko i wyłącznie logistyką. Zakupem samochodów i sprzętu. Jego błędy mnie nie zaskakują. Dziwi tylko, że jego ówczesny zastępca, płk Bielawny nie przeciwstawił mu się. I doszło do tragedii – stwierdził.
- W każdym cywilizowanym demokratycznym kraju szefowie służb podają się w takiej sytuacji (katastrofie smoleńskiej - red.) do dymisji. Kiedy w Paryżu doszło do obrzucenia jajkami prezydenta Kwaśniewskiego, to ówczesny szef BOR gen. Gawor został odwołany ze stanowiska. Choć przecież to rzut jajkiem (…), a tutaj mamy śmierć pary prezydenckiej pary i 94 innych osób – podsumował płk Pawlikowski.
Gromosław Czempiński zapytany oto, czy generał Janicki powinien zostać od razu zdjęty ze stanowiska, powiedział, że "trzeba pamiętać o atmosferze, jaka panowała zaraz po katastrofie". – Gdyby rząd zwolnił wtedy kogokolwiek, to ta osoba zostałaby od razu obarczona przez media i społeczeństwo winą za całą katastrofę. Tymczasem elementów, które nie zafunkcjonowały było znacznie więcej. źródło: SE ____________________________________________ | środa, 26 października 2011 Czego potrzeba polskiej armii? Minister wyciąga wnioski Relacje z afgańskimi władzami i wyposażenie polskiego kontyngentu to tematy, które minister obrony Tomasz Siemoniak zamierza poruszyć po powrocie z Afganistanu. Dzisiaj szef MON wziął udział w ceremonii przekazania obowiązków 10. zmianie PKW. - Mieliśmy okazję z generałami porozmawiać bardzo szczerze o problemach, o sytuacji, mamy bardzo dużo wniosków do omówienia w Warszawie - powiedział minister dziennikarzom.
- Polityczne wnioski do wyciągnięcia dotyczą relacji z władzami Afganistanu; będę chciał rozmawiać o tym z ministrem Radosławem Sikorskim, który był niedawno w Afganistanie - dodał Siemoniak.
- Inne wnioski dotyczą sprzętu - można znaleźć jeszcze lepszy, jeszcze nowocześniejszy. Chcielibyśmy, aby nasz kontyngent dorównywał najnowocześniejszym armiom na świecie - zapewnił. Minister zaznaczył, że "we wnioskach nie ma elementu krytyki". - Szanujemy to, co zostało zrobione, włożono wielką pracę w pakiet afgański – powiedział Siemoniak nawiązując do uruchomionego przed dwoma laty programu uproszczonych, zwolnionych z wymogu offsetu, zakupów, które pozwoliły m. in. nabyć nowe rosyjskie śmigłowce transportowe Mi-17.
- Przez cały czas dokonujemy zakupów. Pakiet afgański jest przez cały czas realizowany. Są pewne rzeczy z pakietu afgańskiego - może nie najistotniejsze - które ugrzęzły gdzieś w jakiejś biurokratycznej procedurze. Chcemy to w Warszawie odblokować - zadeklarował minister, nie precyzując o jaki sprzęt chodzi. W bazie Ghazni minister zapoznawał się m. in. z funkcjonowaniem zakupionego w ubiegłym roku bezzałogowego systemu rozpoznawczego Aerostar.
Szef MON powiedział, że redukcja liczącego ok. 2,5 tys. osób kontyngentu począwszy od obecnej zmiany nie była tematem jego rozmów. Wyraził zarazem przekonanie, że zmniejszenie liczby żołnierzy o 50 w Afganistanie i stu w odwodzie w kraju nie odbije się na wypełnianiu zadań polskich wojsk ISAF.
Minister wyraził uznanie dla dowodzącego 9. zmianą generała brygady Sławomira Wojciechowskiego i zadowolenie z faktu zainteresowania władz miasta i prowincji Ghazni działaniami wojsk ISAF.
Wspomniał poległych w ostatnich miesiącach żołnierzy, w tym sierżanta Mariusza Deptułę, który zginął ostatniej niedzieli. Inny ciężko ranny w tym samym ataku na konwój żołnierz został przewieziony do kraju. W szpitalu polowym w Ghazni minister spotkał się z czterema lżej poszkodowanymi. Siemoniak wyraził nadzieję, że amerykańscy żołnierze, ranni w środę w podobnym ataku i przywiezieni do bazy Ghazni, wrócą do zdrowia.
Uznanie dla polskich i amerykańskich żołnierzy oraz sił afgańskich współdziałających z polskim kontyngentem wyraził szef regionalnego dowództwa wschód (RCE), amerykański dwugwiazdkowy generał David Allyn. Wyliczył, że żołnierze, których zadaniem jest utrzymanie bezpieczeństwa na drodze Kabul-Kandahar, odbyli ponad 4 tys. patroli, zabili ponad 640 przeciwników, zniszczyli ponad 8,5 tony materiałów wybuchowych.
W tym samym czasie - mówił Allyn - regionalny zespół odbudowy (PRT) pracował nad ponad 30 projektami wartości 7,5 mld dolarów, które mają poprawić jakość życia w prowincji Ghazni i pomóc przygotować jej stolicę do roli centrum kultury islamskiej w 2014 roku. Zapewnił, że wojsko nie zapomni o tych, którzy zginęli na służbie i o ich rodzinach.
Dowódca 10. zmiany polskiego kontyngentu, gen. bryg. Piotr Błazeusz, za najważniejsze zadania w najbliższym czasie uznał zwiększenie bezpieczeństwa wokół nowej bazy Ariana i bazy Giro, którą opuścili Amerykanie, pozostawiając ją polskiemu wojsku. - Zadanie pozostaje to samo. Każda zmiana to kontynuacja poprzedniej. Zamierzam przygotować warunki dla jedenastej zmiany – zapowiedział gen. Błazeusz.
Jego poprzednik, gen. Wojciechowski, wyraził uznanie dla odwagi i poświęcenia żołnierzy, którzy służyli w ramach zakończonej 9. zmiany.
Dowódca nowej zmiany ocenił, że ogólnie pod względem bezpieczeństwa sytuacja się poprawiła, dzięki rosnącej samodzielności sił. - To długi proces, nie od razu przejmą całą odpowiedzialność, ale trzeba nad tym pracować, trzeba ich zachęcać - dodał. źródło: PAP ____________________________________________ | środa, 26 października 2011 Trumna z ciałem żołnierza poległego w Afganistanie już w Polsce Na lotnisku Okęcie w Warszawie wylądował po południu wojskowy samolot CASA C-295M, którym przywieziono do Polski trumnę z ciałem sierżanta Mariusza Deptuły, który w niedzielę poległ w Afganistanie. Deptuła został śmiertelnie ranny po tym, jak pod Rosomakiem, którym jechał w czasie patrolu, wybuchł improwizowany ładunek wybuchowy. W ataku rany w nogi odniósł jeszcze inny żołnierz, a reszta załogi została poszkodowana.
Ciało Deptuły przywitano z wojskowym ceremoniałem, w uroczystości uczestniczył m.in. wiceszef MON Czesław Mroczek raz dowódca Wojsk Lądowych gen. Zbigniew Głowienka. St. szeregowego Deptułę pośmiertnie awansowano do stopnia sierżanta. Jego pogrzeb odbędzie się w piątek w miejscowości Czarnia koło Myszyńca (Mazowieckie).
Ranni w niedzielnym ataku zostali przetransportowani do szpitala w Ghazni. Według lekarzy, życiu poszkodowanych nie zagraża niebezpieczeństwo. Natomiast najciężej ranny żołnierz wkrótce ma zostać przetransportowany do kraju.
W środę w szpitalu w Ghazni z czterema poszkodowanymi spotkał się minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak, który przebywa z wizytą w Afganistanie.
Sierżant Mariusz Deptuła to 30. polski żołnierz poległy w Afganistanie lub w wyniku ran odniesionych w tym kraju od 2007 r., gdy Polska zaangażowała się w operację ISAF. W Afganistanie zginął też cywilny ratownik medyczny.
Mariusz Deptuła był żołnierzem 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej, która stanowi trzon niedawno rozpoczętej dziesiątej zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Była to pierwsza misja Deptuły. W wojsku służył od 2007 roku. Zostawił żonę i córkę. Miał 28 lat. źródło: PAP ____________________________________________ | środa, 26 października 2011 Śląscy policjanci bez pracy? Chronili Paris Hilton Surowe konsekwencje dyscyplinarne grożą trzem śląskim antyterrorystom, którzy bez zgody przełożonych ochraniali Paris Hilton podczas jej wizyty w Katowicach. W tej sprawie toczy się postępowanie wyjaśniające - podał rzecznik śląskiej policji Andrzej Gąska.
O tym, że trzej podoficerowie Samodzielnego Pododdziału Antyterrorystycznego w Katowicach bez zgody przełożonych ochraniali celebrytkę, która kilkanaście dni temu przyjechała na otwarcie nowej części centrum handlowego Silesia City Center, napisał katowicki dodatek "Gazety Wyborczej".
Gazeta zwróciła uwagę, że zdjęcia policjantów towarzyszących Hilton - na co dzień zakrywających twarze - obiegły cały świat. Ujawniła też, że podczas ochraniania Hilton funkcjonariusze, którzy byli w cywilnych ubraniach, mieli przy sobie broń służbową.
- Komendant Wojewódzki Policji w Katowicach polecił, by oficerowie z wydziału kontroli wyjaśnili tę sprawę. Postępowanie wyjaśniające jest już prowadzone - poinformował podinspektor Gąska.
Jak dodał, już z pierwszych ustaleń wiadomo, że funkcjonariusze nie wykonywali podczas wizyty Hilton zadań służbowych, nie mieli też zgody przełożonych na to, by poza służbą ochraniać tę imprezę.
- To oznacza, że w przypadku potwierdzenia w prowadzonym postępowaniu udziału funkcjonariuszy AT w ochronie tej imprezy, poniosą oni surowe konsekwencje dyscyplinarne - podkreślił podinsp. Gąska.
W wypowiedzi dla "GW" szef śląskiej policji Dariusz Biel powiedział kategorycznie, że jeśli policjanci, którzy ochraniali Hilton, do końca tygodnia sami nie odejdą ze służby, zostaną zwolnieni dyscyplinarnie. źródło: PAP ____________________________________________
| środa, 26 października 2011 Policjant skazany za gwałt. Palikot triumfuje Dziś przed południem Sąd okręgowy w Lublinie uznał, że policjant Grzegorz K. zgwałcił studentkę, która trafiła do policyjnego aresztu. Sprawa stała się głośna po konferencji Janusza Palikota, na której lubelski poseł trzymał w dłoni wibrator. "Warto było walczyć o nagłośnienie tej sprawy" - napisał poseł na Twitterze.
Orzeczenie Sądu Okręgowego jest prawomocne. Oskarżenie przeciwko Grzegorzowi K. oparto na zeznaniach dziewięciu kobiet, złożonych cztery lata temu. Każda miała z nim kontakt w izbie zatrzymań Komendy Miejskiej Policji w Lublinie.
Sąd Rejonowy uwolnił Grzegorza K. od pięciu oskarżeń, ale skazał za cztery inne przestępstwa, w więzieniu miał odsiedzieć trzy lata. Dziś Sąd Okręgowy podtrzymał trzy z czterech zarzutów, za które były policjant został skazany w pierwszej instancji.
Sąd skazał byłego policjanta na łączną karę dwóch i pół roku więzienia.
Najpoważniejszym oskarżeniem był gwałt na 20-letniej kobiecie. Według śledczych, do zdarzenia doszło w nocy z 26 na 27 lutego 2007 roku w komendzie przy ul. Północnej w Lublinie. Do izby zatrzymań przywieziono wtedy nietrzeźwą studentkę Akademii Medycznej.
Funkcjonariusz miał dwukrotnie odbyć z nią stosunek płciowy. Oskarżenia potwierdziły m.in. wyniki badań DNA nasienia, które znaleziono na pościeli, w której spała studentka.
Sąd Rejonowy uznał, że Grzegorz K. wobec trzech innych zatrzymanych kobiet nadużył stosunku zależności. Jedną z nich doprowadził kilkakrotnie do poddania się czynności seksualnej, drugą usiłował do tego doprowadzić. W trzecim przypadku usiłował zatrzymaną kobietę doprowadzić do obcowania płciowego.
Sąd Okręgowy uchylił wyrok dotyczący molestowania seksualnego jednej z kobiet (którą według prokuratury Grzegorz K. miał dotykać w miejsca intymne) i w zakresie tego czynu sprawa została skierowana do ponownego rozpoznania przez Sąd Rejonowy w Lublinie.
Wysokość kary nałożonej przez sąd rejonowy skrytykował w marcu Janusz Palikot, który uważał, że sędzia powinien być mniej wyrozumiały. Szef RPP oskarżał również lubelską policję o pobłażliwość dla funkcjonariusza.
Policjant był aresztowany w okresie od marca do grudnia 2007 r. W połowie września 2007 r. dyscyplinarnie zwolniono go z policji. źródło: PAP ____________________________________________
| środa, 26 października 2011 Pościg na ulicach Warszawy. Padły strzały Krótko przed godziną 13 w warszawskiej dzielnicy Włochy doszło do strzelaniny. Jej powodem było to, że kierowca osobowego Saaba nie zatrzymał się do kontroli. W strzelaninie nie ma rannych - informuje TVN 24.
Jak powiedział Maciej Karczyński z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji, powodem policjanci chcieli zatrzymać samochód najprawdopodobniej do rutynowej kontroli. - Kierowca zaczął uciekać, nie reagował na sygnały funkcjonariuszy. W pewnym momencie staranował jeden z policyjnych radiowozów, wtedy zdecydowano się użyć broni. Padły cztery strzały, a samochód po kilku metrach został zatrzymany - powiedział Karczyński.
- W tej chwili trudno mówić o przyczynach ucieczki kierowcy. Na razie został on zatrzymany, zostanie przebadany alkomatem - mówił Karczyński.
- Być może w samochodzie była jeszcze jedna osoba. Jeżeli ta informacja się potwierdzi, to będziemy dążyli do jej zatrzymania - powiedział oficer, dodając, że zatrzymany mężczyzna był kierowcą osobowego saaba. źródło: TVN24 ____________________________________________
| wtorek, 25 października 2011 Awantura o niemiecki ciągnik artyleryjski Wojsko i prywatni pasjonaci militariów kłócą się o niemiecki ciągnik artyleryjski. A urzędnicy marszałka województwa prowadzą śledztwo - Protestujemy, bo wojskowi zniszczyli przyrodę. Rozryli teren koparkami! A dolina Środkowej Warty to specjalny obszar ochrony ptaków, szczególnie wiosną i latem. Dodatkowo teren objęty jest programem Natura 2000 - protestuje Piotr Lewandowski z Muzeum Eksploracji.
- To jakieś absurdalne zarzuty! - odpowiada mjr Tomasz Ogrodniczuk, kustosz Muzeum Broni Pancernej.
O co ta awantura? 5 sierpnia ze starorzecza Warty w okolicach wsi Białobrzegi (koło Wrześni) major Ogrodniczuk wydobył niemiecki ciągnik artyleryjski (symbol Sd.Kfz 6) z 1940 r. To jeden z pięciu takich pojazdów na świecie, jaki zachował się do dziś. Nie wiadomo, jaką rolę odegrał podczas drugiej wojny światowej, ale pewne jest, że został zdobyty przez Armię Czerwoną. Kiedy w styczniu 1945 r. przez okolice Wrześni przejeżdżała kolumna wojsk radzieckich, dowódcy wybrali krótszą drogę przez zamarzniętą Wartę. Załadowany beczkami z paliwem ciągnik na gąsienicach jechał ostatni i to właśnie pod nim załamał się lód. Żołnierze zadowolili się zabraniem ładunku i porzucili pojazd.
Pierwsza próba wydobycia ciągnika w 1958 r. skończyła się niepowodzeniem. Po ponad 50 latach postanowili go teraz wykopać wojskowi pasjonaci z Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu. Ale o wydobycie starali się też członkowie prywatnego Muzeum Eksploracji z Przeźmierowa. Pojazd pierwsi wyciągnęli wojskowi.
- Wyciągnęli niezgodnie z prawem. Trwale zniszczyli cenny ekosystem - twierdzi Lewandowski.
- Jeśli ktoś rozjechanie, trawy i trzciny uznaje za trwałe zniszczenie ekosystemu, to trudno cokolwiek komentować. Mieliśmy pozwolenia przyrodników. Uratowaliśmy nie tylko zabytkowy ciągnik. To była prawdziwa bomba ekologiczna, bo w środku znajdowało się ponad 20 litrów paliwopochodnej substancji. W pogotowiu byli nawet wojskowi chemicy - przekonuje Ogrodniczuk.
Obaj zabiegali o pozwolenie na wydobycie maszyny m.in. w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska i w Zespole Parków Krajobrazowych Województwa Wielkopolskiego, na terenie którego znajdował się ciągnik. A że instytucja ta podlega marszałkowi Wielkopolski, to spór o pojazd stał się przedmiotem śledztwa urzędników. Wszczęto kilkutygodniowe dochodzenie.
- Obie strony przedstawiały poważne argumenty. Padały ciężkie zarzuty, więc sprawa musiała trafić także na obrady zarządu - przyznaje Tomasz Bugajski, członek zarządu województwa, któremu podlegają sprawy ochrony przyrody. Na zarządzie dyskutuje się zwykle sprawy takiej wagi jak np. kilkumilionowe dotacje z Unii Europejskiej. Teraz zajęto się sprawą ciągnika artyleryjskiego. I w końcu urzędnicy orzekli: nie doszło do zniszczenia środowiska.
- Przyroda trochę ucierpiała, ale wszystko naturalnie wróci do normy. Owszem, było zalecenie, by prac nie przeprowadzać między 1 września a 31 marca, ale wojsko zwróciło się o specjalne pozwolenie. I stwierdzono, że wydobycie 5 sierpnia nie doprowadzi do żadnej katastrofy przyrodniczej. Wszystko jest zgodne z prawem - mówi zdecydowanie Mariola Górniak, dyrektor Departamentu Środowiska Urzędu Marszałkowskiego.
- My działamy społecznie, oni chcą na tym zarabiać - tłumaczy Ogrodniczuk motywacje swoich przeciwników i dodaje, że to nie pierwszy konflikt wojska z Muzeum Eksploracji, które od kilku miesięcy śle pisma nawet do prokuratury.
Lewandowski: - Chcemy być tylko równo traktowani. Nie może być tak, że wojsko jest preferowane, bo nosi mundur.
Eksploratorzy nie odpuszczają. Zapowiadają, że złożą protest do Komisji Europejskiej w Brukseli.
Lewandowski: - Tamtejsi urzędnicy są bardziej wrażliwi na przyrodę. Na pewno zareagują.
Ogrodniczuk: - Życzę powodzenia.
Jeśli Komisja Europejska uzna, że protest rozpatrzy, to na dywanik zostaną wezwani także urzędnicy marszałka. źródło: PAP ____________________________________________
| niedziela, 23 października 2011 Kolejny polski żołnierz zginął w Afganistanie W pobliżu bazy Giro w Ghazni w Afganistanie w ataku na polski patrol zginął 28-letni st. szeregowy Mariusz Deptuła. Drugi polski żołnierz jest ciężko ranny - informuje TVN24.
Do ataku doszło przed południem we wschodniej części prowincji Ghazni. Jak podało Dowództwo Operacyjne Sił Zbrojnych, w trakcie patrolu wykonywanego przez żołnierzy Zgrupowania Bojowego "Bravo" pod Rosomakiem eksplodował improwizowany ładunek wybuchowy IED (Improvised Explosive Device).
- Zginął polski żołnierz st. szer. Mariusz Deptuła, kolejny żołnierz został ranny, a reszta załogi została poszkodowana - poinformował kpt. Dariusz Guzenda, szef sekcji prasowo-informacyjnej PKW Afganistan.
Na miejsce natychmiast wezwano lądowy i powietrzny Zespół Szybkiego Reagowania - QRF (Quick Reaction Forces) oraz śmigłowce ewakuacji medycznej MEDEVAC. Rannych żołnierzy przetransportowano do szpitala w bazie Ghazni. Pomimo natychmiast podjętych zabiegów operacyjnych jeden z żołnierzy zmarł.
Według oceny lekarzy życiu poszkodowanych żołnierzy nie zagraża niebezpieczeństwo, przez kolejne dni pozostaną pod obserwacją medyczną w szpitalach. Natomiast ranny w nogi żołnierz będzie wkrótce przetransportowany do kraju.
St. szer. Mariusz Deptuła to 30. polski żołnierz poległy w Afganistanie lub w wyniku ran odniesionych w tym kraju od 2007 r., gdy Polska zaangażowała się w operację ISAF. W Afganistanie zginął też cywilny ratownik medyczny.
Mariusz Deptuła był żołnierzem 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej. To była jego pierwsza misja. W wojsku służył od 2007 roku. Zostawił żonę i córkę. Miał 28 lat. źródło: PAP / TVN24 _________________________________
| piątek, 21 października 2011 Smartfony przetestowane przez wojsko. Który najlepszy? Wojsko testowało już tablety, a teraz pod lupę wzięło popularne smartfony z iOS, Androidem oraz Windows Phone 7. Który system operacyjny najlepiej sprawdził się w warunkach bojowych? Telefony przeszły 6-tygodniowy test w bazach wojskowych w Fort Bliss w Teksasie oraz White Sands w stanie Nowy Meksyk. Do ćwiczeń wykorzystano też iPada oraz nieznane tablety HP i Della. Żołnierze używali najnowszych zdobyczy techniki do wysyłania raportów tekstowych z pola boju, przeglądania map oraz robienia zdjęć. Pomimo ciężkich warunków i tumanów kurzu większość urządzeń do poprawnej pracy wymagała jedynie prostego gumowego etui. Żołnierze korzystali z rękawiczek, aby obsłużyć pojemnościowy ekran dotykowy.
Nie obeszło się bez problemów. Z uwagi na słaby zasięg AT&T, iPhone'y czasami traciły łączność. W ogólnym rozrachunku wyniki testów okazały się jednak na tyle dobre, że pierwsza partia smartfonów powinna zostać wysłana do Afganistanu jeszcze w tym roku, aby tam przejść chrzest bojowy podczas prawdziwej walki.
Amerykańska armia najprawdopodobniej skupi się na rozwijaniu dla własnych potrzeb dwóch platform: iOS i Androida. Odnośnie do tego ostatniego: w planach jest utworzenie własnej platformy o roboczej nazwie Joint Battle Command-Platform Handheld wraz z dedykowanym sklepem z aplikacjami.
Wszystkie badania jednoznacznie wskazują, że dużo taniej jest dopasować obecne na rynku smartfony do własnych potrzeb niż zamawiać drogie, projektowane od podstaw dla armii urządzenia. Ciekawe, kiedy tą drogą pójdzie polskie wojsko. źródło: Komórkomaniak ____________________________________________
| środa, 19 października 2011 Smartfon w armii Smartfony biją rekordy popularności nie tylko wśród zwykłych użytkowników. Ich możliwości doceniło też wojsko. Wyposażone w specjalne militarne aplikacje są z powodzeniem wykorzystywane przez żołnierzy do zdobycia przewagi nad przeciwnikiem na polu walki. W Fort Bragg, gdzie znajduje się centrum szkolenia elitarnych jednostek desantowych armii USA, regularnie ćwiczą żołnierze z 82. Dywizji Powietrznodesantowej. W czasie tegorocznych wiosennych manewrów oprócz broni i standardowego wyposażenia spadochroniarze dostali jeszcze... smartfony. Mogli na nich sprawdzić lokalizację kolegów z oddziału naniesioną na mapę, informacje o zadaniach wyznaczanych przez dowódcę, a także pozycje "przeciwników" w miarę, jak były wykrywane przez krążące w okolicy samoloty bezzałogowe.
Telefon taktyczny
Na smartfonach zainstalowano aplikację, która pobierała i wyświetlała informacje z sieci JBC (Joint Battlefield Command). To wewnętrzna sieć dla grupy taktycznej, najczęściej brygady liczącej ok. 4000 żołnierzy. Zadaniem JBC jest dostarczanie żołnierzom w czasie rzeczywistym informacji o sytuacji na polu walki. Służy też do zbierania danych wywiadowczych.
Za pomocą innej aplikacji żołnierze mogą zrobić zdjęcie podejrzanemu obiektowi i przesłać je razem z danymi GPS do analizy w sztabie. W razie potrzeby transmitują obraz wideo na żywo i sprawdzają na podstawie zdjęć odcisków palców tożsamość schwytanych "terrorystów".
iPhone idzie na front
Niemal każdy amerykański nastolatek ma iPhone'a. Gdy idzie do wojska, telefon zabiera do jednostki, a potem na wojnę, gdzie służy mu np. do słuchania muzyki i ułatwia kontakt z rodziną. Żołnierze szybko zorientowali się, że mogą użyć telefonów nie tylko do celów prywatnych. Na pierwszy ogień poszły aplikacje: iSnipe i Bullet- Flight.
Zaprojektowane dla myśliwych i hobbistów strzelectwa, okazały się przydatne dla snajperów, którzy zaczęli ich używać do przeliczania krzywej balistycznej, po której leci kula. Dzięki nim mogli precyzyjniej celować. Wkrótce pojawiły się aplikacje napisane do celów stricte wojskowych. W 2010 roku kapitan Jonathan Springer ze 101. Dywizji Powietrznodesantowej, przed wyjazdem do Afganistanu zainwestował 26 tys. dolarów w opracowanie aplikacji Tactical Nav, przydatnej do naprowadzania na cel ognia artylerii. Pozwala ona za pomocą kamery i GPS-u wbudowanego w iphone'a określać i przesyłać współrzędne dla ognia artyleryjskiego. Poza tym, korzystając ze szczegółowego wyświetlacza iPhone'a 4, program pokazuje mapy cyfrowe w skali 1:50 tys. - identycznej z papierowymi mapami topograficznymi używanymi w wojsku.
Uzupełnia je o siatkę kilometrową, dzięki czemu doświadczony żołnierz może jednym spojrzeniem ocenić dystans do celu. Aplikacja ma także precyzyjny kompas elektroniczny, który może przesyłać dane do innych użytkowników, co ułatwia koordynację manewru. Kapitan Springer sprawdził testową wersję programu na wojnie. Przy okazji dowiedział się, jak w trudnych warunkach polowych poradzi sobie iPhone. Po wprowadzeniu poprawek udostępnił aplikację w App-Store, skąd każdy może ją ściągnąć za 5,99 dol.
Wojsko lubi smartfony
Generałowie szybko się zorientowali, jak wiele może mały smartfon, i zgodzili się, by telefony stały się elementem wyposażenia wojskowego. Zaletą smartfonu jest to, że rekrut umie go obsługiwać, więc nie są potrzebne szkolenia. Poza tym żołnierze lubią swoje smartfony i korzystają z nich chętniej niż z topornych systemów wojskowych.
Aby smartfony wprowadzić do armii w sformalizowany sposób, wojsko uruchomiło program Connecting Soldiers to Digital Applications (CSDA). Żołnierze ćwiczący na poligonie w Fort Bliss, gdzie są testowane najnowsze rozwiązania sieciowe dla wojska, dostali kilkaset smartfonów z różnymi systemami: iOS, Blackberry, Android, by sprawdzić w praktyce, jaki sprzęt najlepiej odpowiada ich potrzebom.
Ponadto wojsko zaczęło inwestować w tworzenie aplikacji. W pierwszej kolejności tych, które wspierają szkolenie rekrutów. Obsługa baterii przeciwlotniczych patriot od niedawna może szlifować swoje umiejętności na iPhonie dzięki aplikacji Patriot Missile. Opracowano ją na bazie środowiska do programowania gier mobilnych Unity 3D. Dzięki wizualizacji żołnierze mogą krok po kroku przeanalizować procedury składania i rozkładania wyrzutni oraz sposób ładowania rakiety.
Zresztą nie tylko armia amerykańska ćwiczy na urządzeniach mobilnych. Na iPadach uczą się na przykład brytyjscy artylerzyści, dla których napisano aplikację do planowania misji wsparcia ogniowego. Nad własną aplikacją, także na iPada, pracują brytyjskie siły powietrzne RAF. Będzie ona pomagać pilotom w nauczeniu się poprawnego rozpoznawania z powietrza przeciwnika.
Rośnie rynek aplikacji
Koncern Textron promuje aplikację Soldier Eyes, która korzystając z tzw. rzeczywistości rozszerzonej, pomaga żołnierzom patrolującym wrogie terytorium. Na obraz z kamery iPhone'a program nanosi opisy informujące o podejrzanych i przyjaznych obiektach w okolicy. Informacje są aktualne, bo aplikacja pobiera je w czasie rzeczywistym z sieci taktycznej zasilanej informacjami wywiadowczymi. Jest też kanał zwrotny - Soldier Eyes potrafi transmitować obraz na żywo z miejsca zdarzenia, a także wysyłać zdjęcia z danymi GPS. Razem z aplikacją dostarczane jest także całe zaplecze serwerowe. Najważniejsze jest to, że smartfony za pomocą prostych akcesoriów można przystosować do działania w szyfrowanej sieci wojskowej, co uniezależnia armię od infrastruktury GSM/3G.
Inną propozycją przemysłu wojskowego jest program do odbierania danych transmitowanych przez bezzałogowe samoloty rozpoznawcze. Za pomocą aplikacji FAME, opracowanej przez firmę Harris, żołnierze mogą odbierać strumień wideo przesyłany z predatora i obserwować rozwój sytuacji na polu bitwy. Z kolei koncern Rytheon proponuje aplikację Android Tactical System, która pozwala na telefonie śledzić pozycje kolegów z oddziału.
Android też walczy
Być może to jednak Android będzie systemem operacyjnym urządzenia przenośnego, które za kilka lat stanie się podstawowym klientem sieci taktycznej JBC. Wojsko zamierza kupić jeden z modeli smartfonów dostępnych na cywilnym rynku. Nie będzie on jednak współpracował z sieciami GSM, 3G i 4G, ponieważ do transmisji danych posłuży szyfrowana sieć radiowa, którą wykorzystują systemy łączności stosowane w sieci JBC. Przede wszystkim będzie to Joint Tactical Radio System - radiostacja bazująca na protokole IP oraz Netted Iridium, czyli uproszczonym protokole łączności satelitarnej, który pozwala na krótkie rozmowy głosowe jak przez krótkofalówkę. Ponadto za jego pośrednictwem można będzie transmitować niewielkie ilości danych, wystarczające do przekazania własnej pozycji GPS oraz pobierania informacji o pozycjach wroga i własnych oddziałów.
Przyszłość
Być może już niedługo żołnierze nie będą musieli dźwigać ciężkich radiostacji UKF, bo małe i tanie urządzenia po niewielkich modyfikacjach, np. wzmocnieniu obudowy, będą mogły zastąpić drogie wojskowe systemy łączności. Szczególnie że producenci sprzętu sieciowego oferują także punkty dostępowe przeznaczone do zastosowań wojskowych. Częściowo zrekompensują one brak wbudowanych w smartfony systemów bezpieczeństwa. Smartfony do celów wojskowych, wyposażone w mechanizm zdalnego usuwania danych z telefonu, a nawet chemicznie niszczący pamięć oraz w zabezpieczenia biometryczne i kryptograficzne, nawet gdy dostaną się w ręce wroga, będą tylko kawałkiem bezużytecznego plastiku. źródło: PC Format ____________________________________________ | poniedziałek, 17 października 2011 Zatrzymano trzech poszukiwaczy "skarbów" Łódzcy policjanci zatrzymali trzech mężczyzn, którzy prowadzili nielegalne wykopaliska na terenie powiatu skierniewickiego. Dwaj z nich to mieszkańcy Warszawy, trzeci - powiatu skierniewickiego. Znaleziono przy nich m.in. zabytkowe monety i militaria.
Jak poinformował Radosław Gwis z łódzkiej policji, funkcjonariusze zajmujący się zwalczaniem przestępczości przeciwko zabytkom natrafili na ślad mężczyzny, który bez wymaganego pozwolenia prowadził wykopaliska archeologiczne.
Podczas przeszukania mieszkanie 36-latka z powiatu skierniewickiego znaleziono liczne zabytki archeologiczne i militaria. Wśród nich były m.in. odznaczenia wojskowe, nieśmiertelniki, emblematy, guziki oraz bagnety i karabiny wraz z amunicją. Znaleziono też kule armatnie oraz monety z okresu rzymskiego i średniowiecza.
Według policji, podczas przesłuchania 36-latek przyznał, że od kilku lat za pomocą wykrywacza metalu penetrował okolice Bolimowa i prowadził tam wykopaliska. Przedstawiono mu zarzuty niszczenia stanowisk archeologicznych, przywłaszczenia znalezionych tam zabytków, a także nielegalnego posiadania broni i amunicji. Grozi mu za to kara do 8 lat więzienia.
Gdy mężczyzna pokazywał policjantom miejsca, w których prowadził nielegalne wykopaliska w Bolimowie, ci natknęli się na dwóch innych archeologów-amatorów. Mężczyźni przeszukiwali pola za pomocą wykrywaczy metalu, co chwila przekopując ziemię.
Okazało się, że to dwaj mieszkańcy Warszawy w wieku 36 i 47 lat. "Mieli ze sobą profesjonalne wykrywacze metalu i magnes neodymowy; nie mieli zezwolenia na wykopaliska" - relacjonował Gwis.
Znaleziono przy nich m.in. XVII-wieczne monety oraz carski element umundurowania. Obaj mieszkańcy stolicy także usłyszeli zarzuty niszczenia stanowisk archeologicznych i przywłaszczenia znalezionych zabytków; grozi im do 5 lat pozbawienia wolności. Znalezione zabytki oraz sprzęt służący do wykopalisk zarekwirowano. źródło: PAP ____________________________________________
| sobota, 15 października 2011 Będą kontrolować internet? "To nielegalne" W MSWiA przygotowuje się narzędzia do kontrolowania internetu, które mogą dać służbom możliwości nieprzewidziane w dzisiejszym prawie. Mogą być one niebezpieczne i nielegalne – ujawnia "Gazeta Wyborcza".
Potencjalne narzędzia do cyberinwigilacji powstają w ramach projektu dla MSWiA finansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. MSWiA i ABW deklarują, że będą ich używały w ramach obowiązującego prawa.
- Mogą to być narzędzia niewinne i zgodne z prawem albo niebezpieczne i nielegalne. Publicznie dostępne opisy są zbyt lakoniczne, by to rozstrzygnąć – mówi Michał "rysiek" Woźniak z fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania. źródło: PAP ____________________________________________
| sobota, 15 października 2011 Sukces polskiej misji, poszukiwany talib schwytany - Mawlawi Shafiq, znajdujący się na liście najbardziej poszukiwanych talibów w Afganistanie, został schwytany przez polskich żołnierzy – poinformował w komunikacie mjr Szczepan Głuszczak z Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie.
Malawi Shafiq został schwytany podczas nocnej operacji z 8 na 9 października. Operacja została przeprowadzona w dystrykcie Qarabagh.
Jak poinformował Głuszczak, Shafig to wysokiej rangi przywódca talibów; jest podejrzewany o organizowanie i przeprowadzanie ataków na patrole wojsk koalicyjnych ISAF oraz sporządzanie i dystrybucję improwizowanych urządzeń wybuchowych.
Podczas tej samej operacji zatrzymano także współpracowników Shafiqa oraz przechwycono broń, sprzęt łączności i dokumenty świadczące o prowadzeniu działań przeciwko siłom bezpieczeństwa – napisano w komunikacie.
Głuszczak poinformował także, że 4 października żołnierze Polskich Sił Zadaniowych udaremnili dwie zasadzki przygotowywane na żołnierzy koalicji i Afgańskich Sił Bezpieczeństwa, "eliminując przy tym – jak napisano - 5 talibów i przechwytując 5 improwizowanych ładunków wybuchowych".
Z kolei 7 października żołnierze Zgrupowania Sił Specjalnych, Zgrupowania Bojowego "Alfa" oraz Afgańskich Sił Bezpieczeństwa - w ramach operacji "Wolf Pack" - zatrzymały 10 rebeliantów podejrzanych o współudział w organizowaniu ostrzałów bazy koalicyjnej w dystrykcie Gelan. Dwóch spośród zatrzymanych to krewni lokalnego przywódcy talibów. Głuszczak poinformował również, że w przeprowadzonej w nocy z 11 na 12 października operacji żołnierze wojsk specjalnych przechwycili dużą skrytkę na środki i materiały wybuchowe.
W październiku prezydent Bronisław Komorowski przedłużył misję Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie do 13 kwietnia 2012 r. PKW ma liczyć do 2500 żołnierzy i pracowników wojska oraz 200 żołnierzy i pracowników wojska w odwodzie w Polsce. Będzie to już dziesiąta zmiana naszych sił w Afganistanie. Obecnie dziewiąta zmiana liczy do 2600 żołnierzy i pracowników na miejscu oraz 400 w odwodzie. źródło: PAP ____________________________________________
| piątek, 14 października 2011 Ile zarobi Agent Tomek? "To jest niemoralne" Emeryt z ZUS, gdyby został posłem, straciłby emeryturę. Nie dotyczy to Tomasza Kaczmarka, znanego jako agent Tomek, który będzie dostawał i emeryturę i poselską dietę wraz z uposażeniem – informuje "Gazeta Wyborcza". Według Jeremiego Mordasewicza z PKPP Lewiatan takie rozwiązanie jest niemoralne.
Przepisy są jasne: mundurowi jeśli dorabiają więcej niż 70 proc. średniej pensji - dziś to ok. 2350 zł brutto - można im zabrać maksymalnie 25 proc. emerytury. Agent Tomek zamiast 4 tys. zł będzie dostawał 3 tys. zł. Do tego otrzyma ponad 12 tys. zł brutto (dieta poselska plus uposażenie).
To niemoralne – ocenia Jeremi Mordasewicz z PKPP Lewiatan. źródło: PAP ____________________________________________
| czwartek, 13 października 2011 Masowe odejścia z Biura Ochrony Rządu Ponad 500 funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu złożyło wnioski o odejście ze służby – dowiedział się "Nasz Dziennik". Ma to być efektem planowanych przez koalicję rządzącą zmian w ustawach dotyczących służb mundurowych.
Mają one w drastyczny sposób ograniczyć przywileje, jakie do tej pory posiadali funkcjonariusze BOR. M.in. chodzi o odebranie uprawnień socjalnych i wydłużenie okresu przechodzenia na emeryturę.
Informacji o masowych odejściach ze służby nie potwierdza mjr Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR. Jego zdaniem to plotka, a w tym miesiącu podania o zwolnienie złożyły trzy czy cztery osoby. źródło: PAP ____________________________________________
| środa, 12 października 2011 Fala zwolnień w policji. "Odchodzą najlepsi" Z pracy rezygnuje średnio prawie 500 policjantów miesięcznie, w 2010 r. było ok. 380 rezygnacji na miesiąc. Do września mundur zdjęło już blisko 4,5 tys. funkcjonariuszy. Boją się zmian i skarżą na niskie pensje – informuje "Rzeczpospolita". - Odchodzą najlepsi – mówi Andrzej Szary, szef policyjnego związku w poznańskiej KWP.
- Odchodzą najlepsi, a Komenda Główna udaje, że nie ma problemu – mówi Szary. Jak wylicza, w poprzednich latach służbę w garnizonie porzucało ok. 350 policjantów rocznie, a w tym roku już odeszło 330 i szykują się kolejni. - Mundur porzuci około 500 naszych kolegów. Tak źle nie było nigdy – podkreśla.
Główne powody odejść to niepewny los ustawy emerytalnej, która ma wydłużyć czas nabycia praw emerytalnych i brak podwyżek. Zarobki w policji też nie są oszałamiające. Po około 15 latach pracy sięgają ok. 2,5 tys. zł netto.
Rzecznik KGP Mariusz Sokołowski uspokaja, że "odejść jest trochę więcej", ale ich liczba nie będzie znacznie odbiegać od średniej z poprzednich lat. Jego zdaniem pracę kończą głównie ci, którzy uzyskali pełną emeryturę.
Sokołowski mówi, że w tym roku do policji przyjęto już ponad 2 tys. osób, a jesienią dojdzie ok. 3 tys. kolejnych. - Zarobki w policji nie są złe, wciąż jest wielu chętnych – mówi. źródło: PAP _________________________________
| środa, 12 października 2011 Luksusowe auta trafią do wojskowych dowódców Szef MON Tomasz Siemoniak zdecydował, że 20 luksusowych aut terenowych, które stały w garażach warszawskiego garnizonu trafi do dowódców jednostek liniowych – informuje "Rzeczpospolita".
Minister uznał, że skoro land-rovery zostały już kupione, mają służyć dowódcom jednostek liniowych, a nie najwyższym generałom i urzędnikom. Kilka dni temu auta wysłano do jednostek m.in. w Żaganiu, Krakowie, Gdyni, Tomaszowie Mazowieckim i Poznaniu.
Wiosną tego roku gazeta ujawniła aferę związaną z ich zakupem. Wojsko za każde auto zapłaciło ponad 250 tys. zł; są wyposażone m.in. w skórzane fotele i podgrzewane szyby. Tłumaczono, że będą potrzebne przy zabezpieczaniu zagranicznych wizyt związanych z polską prezydencją.
Już kilka tygodni po zakupie auta rozdysponowano wśród najwyższych dowódców i urzędników resortu obrony. Po doniesieniach "Rzeczpospolitej" ówczesny szef MON Bogdan Klich zdecydował, że wszystkie limuzyny trafią do Garnizonu Warszawa.
- Decyzja ministra Siemoniaka pokazała, że tłumaczenia wojska o prezydencji, by uzasadnić zakup, były naciągane – ocenia ekspert wojskowy Janusz Walczak. Jak dodaje, "skoro już armia je kupiła, lepiej, że będą z nich korzystać żołnierze, a nie urzędnicy". źródło: PAP ____________________________________________
| środa, 12 października 2011 Policjant napadł na stację benzynową W niedzielę w Białym Borze w województwie zachodniopomorskim doszło do napadu na stację paliw. Od początku w kręgu podejrzeń był policjant z Kalisza. Teraz ta teza się potwierdziła - podaje serwis Radia Merkury.
Zatrzymane zostały dwie osoby. O całym zdarzeniu poinformowano Komendanta Miejskiej Policji w Kaliszu, ponieważ jednym z podejrzanych był policjant pracujący w wydziale dochodzeniowo-śledczym kaliskiego oddziału.
Mariusz Ścisły z miejscowej komendy policji zapowiedział już, że "wzorowy dotąd pracownik" zostanie zwolniony z pracy.
Sprawą zajmuje się już Prokuratura Rejonowa w Szczecinku, która przedstawiła funkcjonariuszowi zarzut rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Za ten czyn grozi mu 15 lat więzienia. źródło: PAP ____________________________________________ | wtorek, 11 października 2011 Współpraca organów ścigania państw UE. Prezydent podpisał ustawę Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę o wymianie informacji z organami ścigania państw UE. Przewiduje ona, że służby będą mogły wymieniać się informacjami z systemu Schengen i z baz danych osobowych, daktyloskopijnych czy o skradzionych pojazdach.
Uprawnione do wymiany informacji będą: ABW, CBA, policja, Służba Celna, Straż Graniczna, Żandarmeria Wojskowa i organy kontroli skarbowej.
Przepisy będą też stosowane do wymiany informacji w dziedzinie wykrywania i identyfikacji korzyści pochodzących z przestępstwa przez krajowe biura ds. odzyskiwania mienia państw Unii. W tej dziedzinie do wymiany informacji uprawnione będą wymienione już służby oraz minister finansów, Generalny Inspektor Informacji Finansowej, izby i urzędy skarbowe oraz prokuratura.
Współpracę umożliwi powołanie w Komendzie Głównej Policji komórki organizacyjnej pełniącej funkcję punktu kontaktowego do wymiany informacji między podmiotami uprawnionymi a organami ścigania państw UE.
Punkt ten będzie miał bezpośredni dostęp do: Krajowego Systemu Informacyjnego Policji, zbioru danych osobowych PESEL, centralnej ewidencji pojazdów, centralnej ewidencji kierowców, Systemu Pobyt, Krajowego Rejestru Karnego, Krajowego Rejestru Sądowego, Krajowego Rejestru Urzędowego Podmiotów Gospodarki Narodowej, Rejestru Dowodów Osobistych, Centralnej Ewidencji Wydanych i Unieważnionych Dokumentów Paszportowych, Centralnej Bazy Danych Osób Pozbawionych Wolności i danych udostępnianych za pośrednictwem Krajowego Systemu Informatycznego.
Mając taki dostęp, punkt kontaktowy będzie przyjmował wnioski o udzielenie informacji składanych przez organy innych państw i udzielał na nie odpowiedzi, przekazując wcześniej spływające wnioski do właściwych służb. Będzie też pośredniczył w przekazywaniu wniosków naszych służb i odsyłał im nadchodzące odpowiedzi.
W ustawie zaznaczono, że podmioty uprawnione mogą uzależnić przekazanie informacji organowi ścigania państwa UE od spełnienia przez ten organ warunków, takich jak: otrzymanie dodatkowych informacji w sprawie, w związku z którą organ ten wystąpił o ich udzielenie czy poinformowanie o sposobie wykorzystania przekazanych informacji przez ten organ.
W przypadku wymiany danych osobowych podmiot uprawniony może także zażądać od organu ścigania innego państwa Unii: usunięcia, blokowania, anonimizacji lub weryfikacji danych osobowych po upływie ustawowych terminów, ograniczenia przetwarzania przekazanych danych osobowych, zaniechania obowiązku informowania osoby, której dane dotyczą o przetwarzaniu jej danych osobowych - jeżeli pozwalają na to odpowiednie przepisy.
Będzie też można odmówić przekazania informacji organowi ścigania innego państwa UE m.in. gdy mogłoby to zagrażać bezpieczeństwu RP, utrudniać postępowanie karne lub czynności operacyjno-rozpoznawcze albo zagrozić bezpieczeństwu osób biorących w nich udział, albo byłoby "niewspółmierne do osiągnięcia celu, w jakim wystąpiono z wnioskiem". Można odmówić udzielenia takiej informacji także, gdy wniosek dotyczy przestępstwa zagrożonego karą do roku więzienia.
Ustawa reguluje ponadto przekazywanie danych uzyskanych od organów ścigania krajów UE do państw trzecich i Interpolu. Będzie to możliwe tylko m.in., gdy organ, który przekazał dane do Polski, się na to zgodzi, a kraj, do którego trafią informacje, zapewni poziom ochrony danych osobowych zgodny z polskimi przepisami. Zapisano też, że nie można przekazać danych, jeśli grozi to "rażącym naruszeniem praw człowieka".
W ustawie znalazł się także rozdział regulujący sposób ochrony danych osobowych wymienianych przez organy ścigania. Kontrolę w tym zakresie powierzono Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych. Nowe przepisy wejdą w życie od początku 2012 r. źródło: PAP ____________________________________________ | wtorek, 11 października 2011 Spotkanie szefa MON z rodzinami poległych na misjach W piątek szef MON Tomasz Siemoniak spotka się z rodzinami żołnierzy, którzy stracili życie, pełniąc służbę w polskich kontyngentach wojskowych w Iraku i Afganistanie. Na rozmowę z ministrem zaproszono ok. 90 osób.
W spotkaniu, które ma odbyć się w Centrum Konferencyjnym MON w Warszawie, oprócz Siemoniaka, mają wziąć udział także wiceminister Czesław Mroczek, dowódca Wojsk Lądowych gen. Zbigniew Głowienka oraz szef zespołu zajmującego się roszczeniami rodzin poległych kadm. Marian Ambroziak.
W trakcie spotkania rodziny żołnierzy będą miały możliwość przedstawienia swoich problemów i próśb. Na rozmowę z ministrem MON przewidział ok. 1,5 godziny. Resort ma też przedstawić informację o uprawnieniach socjalnych przysługujących bliskim poległych.
Po dyskusji z ministrem rodziny poległych będą mogły zasięgnąć indywidualnych porad w dwóch punktach konsultacyjnych. Będą tam dyżurować przedstawiciele Wojskowej Agencji Mieszkaniowej, wojskowej służby zdrowia oraz departamentów prawnego i spraw socjalnych MON.
Ministerstwo zaplanowało, że do dyspozycji rodzin będą psychologowie i lekarze. Jak poinformował rzecznik prasowy MON Jacek Sońta, na rozmowę z ministrem zaproszono ponad 90 osób, z tego ok. 80 potwierdziło swoją obecność. Spotkanie będzie zamknięte dla mediów.
Po raz pierwszy o pomyśle spotkania Siemoniaka z rodzinami poległych MON poinformowało w połowie września. Stało się to po tym, jak część bliskich żołnierzy przesłała do sądu skierowane do MON wezwania do ugody. Domagają się oni bowiem zadośćuczynienia za śmierć swoich bliskich. Z roszczeniami do MON wystąpiło dotychczas 69 osób, rodzice, wdowy i dzieci 27 żołnierzy i jednego cywila, którzy stracili życie na misjach.
Dotychczas przed sądem odbyło się ok. 50 posiedzeń ugodowych. MON na każdym z nich odmawiał ugody z rodzinami. Ministerstwo podkreśla, że wykupiło dla żołnierzy jadących na misje polisy ubezpieczeniowe. Uważa też, że na gruncie obecnych przepisów nie ponosi odpowiedzialności za śmierć żołnierzy.
- Moim zdaniem to spotkanie jest po to, aby minister mógł bezpośrednio rodzinom przekazać swoją ostateczną decyzję w zakresie tego, czy w drodze ugody sądowej jest gotowy zakończyć spór i jednocześnie wypłacić zadośćuczynienia z tytułu śmierci na służbie dla najbliższej rodziny - ocenił we wtorek w rozmowie z PAP reprezentujący większość rodzin radca prawny Sylwester Nowakowski.
MON podkreśla, że w razie śmierci żołnierza na misji wypłacane jest jednorazowe odszkodowanie w wysokości osiemnastokrotności wynagrodzenia (dla żony lub dziecka) lub jego dziewięciokrotności (dla innych członków rodziny). Prócz tego z polisy wykupionej przez MON przysługuje odszkodowanie w wysokości 250 tys. zł. Wojsko wypłaca też inne świadczenia: zasiłek pogrzebowy, zapomogi finansowe, renty rodzinne, stypendia oraz pomoc na kontynuowanie nauki lub zmianę zawodu. Rodziny poległych mogą liczyć też na pomoc przy uregulowaniu spraw związanych z zakwaterowaniem w lokalu po zmarłym żołnierzu.
Z kolei prawnicy rodzin argumentują, że w polskim prawie cywilnym nie ma tzw. zaliczalności świadczeń – odszkodowanie z polisy ubezpieczeniowej nie może być zaliczone na poczet zadośćuczynienia.
Pierwotnie MON planował, że spotkanie Siemoniaka z rodzinami odbędzie się w ostatnim tygodniu września. Jednak Nowakowski zapowiedział wówczas, że będzie doradzał swoim mocodawcom, by nie jechali na spotkanie z ministrem. - Zamiast spotkania tydzień przed wyborami, lepiej poczekać i spotkać się po wyborach - mówił wtedy. Po kilku dniach rzecznik MON Jacek Sońta poinformował, że resort rozważa przełożenie spotkania na inny termin.
W Iraku w latach 2003-2007 poległo 22 polskich żołnierzy i jeden funkcjonariusz BOR (ponadto: trzech byłych wojskowych zatrudnionych przez zagraniczne firmy ochroniarskie i dwóch dziennikarzy). W Afganistanie do początku października 2011 r. zginęło na służbie 29 żołnierzy i jeden cywil - ratownik medyczny. Ostatni z nich, st. szeregowy (pośmiertnie awansowany do stopnia sierżanta) Rafał Nowakowski zginął 4 października. W poniedziałek jego ciało sprowadzono do Polski. Pogrzeb zaplanowano na środę. źródło: PAP ____________________________________________ | poniedziałek, 10 października 2011 Armia polska pozostanie dłużej w Afganistanie Do 13 kwietnia 2012 r. prezydent Bronisław Komorowski przedłużył na wniosek rządu misję Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Islamskiej Republice Afganistanu.
Jak podała Joanna Kwaśniewska-Wróbel, rzeczniczka BBN, zgodnie z poniedziałkowym postanowieniem, PKW ma liczyć do 2500 żołnierzy i pracowników wojska oraz 200 żołnierzy i pracowników wojska w odwodzie w Polsce, z możliwością ich krótkotrwałego użycia w Afganistanie w przypadku wystąpienia zagrożenia dla PKW. Będzie to już dziesiąta zmiana naszych sił w Afganistanie.
We wrześniu Rada Ministrów wystąpiła do prezydenta o przedłużenie okresu użycia PKW w Afganistanie. Obecnie dziewiąta zmiana liczy do 2600 żołnierzy i pracowników na miejscu oraz 400 w odwodzie.
Według rzeczniczki BBN postanowienie prezydenta uwzględnia skorygowaną długofalową strategię zawartą w dokumencie pt. "Kierunki zaangażowania Polski w Afganistanie w latach 2011-2014", zaakceptowanym przez premiera. Zakłada on postulowaną przez prezydenta stopniową zmianę charakteru misji i towarzyszącą jej redukcję kontyngentu, aż do całkowitego zakończenia udziału polskich żołnierzy w operacji do końca 2014 r. Strategia ta zgodna jest również ze strategią Sojuszu Północnoatlantyckiego dotyczącą Afganistanu, która została przyjęta na szczycie NATO w Lizbonie w listopadzie 2010 r.
Zdaniem BBN stopniowa zmiana charakteru misji i skuteczne przekazywanie stref odpowiedzialności wymagają przenoszenie wysiłku z działalności bojowej na szkoleniową oraz większego zaangażowania polskich cywilnych ekspertów w realizację projektów pomocowych. Nadal potrzebne będą wysiłki dyplomatyczne, aby proces przekazywania odpowiedzialności możliwie obiektywnie uwzględniał dystrykty prowincji Ghazni – strefy odpowiedzialności PKW. - Jak wielokrotnie podkreślał prezydent Bronisław Komorowski, stopniowa redukcja polskiego kontyngentu musi być prowadzona w sposób zapewniający minimalizowanie ryzyka dla bezpieczeństwa naszych żołnierzy - dodała Kwaśniewska-Wróbel.
Polski kontyngent wojskowy wchodzi w skład podporządkowanych NATO Międzynarodowych Sił Wspierania Bezpieczeństwa (ISAF). Zadania polskich żołnierzy to zapewnienie bezpieczeństwa w prowincji Ghazni. Polscy żołnierze zajmują się także szkoleniem afgańskich żołnierzy i policjantów oraz wspieraniem afgańskich władz i administracji lokalnej w odbudowie infrastruktury. Zajmują się też projektami rozwojowymi, wspierają szkoły i sierocińce, budują zapory mające pomóc w nawodnieniu upraw rolnych. Wspierają też organizacje międzynarodowe i pozarządowe w udzielaniu pomocy humanitarnej.
Zmniejszenie kolejnej zmiany PKW co najmniej o stu żołnierzy na miejscu i o połowę w odwodzie zapowiadał szef MON Tomasz Siemoniak. Trzonem następnej zmiany PKW będzie ok. 800 żołnierzy 15. giżyckiej brygady zmechanizowanej z jednostek w Giżycku i Orzyszu.
Według zapowiedzi ubiegłorocznego szczytu NATO misja ISAF ma zmieniać charakter z bojowego na szkoleniowy, operacja bojowa ma się zakończyć w 2014 roku. Wycofywanie wojsk będzie jednak uzależnione od rozwoju sytuacji i zdolności afgańskich władz do przejęcia odpowiedzialności za kraj.
4 października w Afganistanie zginął starszy szeregowy Rafał Nowakowski - pod pojazdem wybuchł improwizowany ładunek wybuchowy. To 29. polski żołnierz poległy w Afganistanie. źródło: PAP
| wtorek, 4 października 2011 W Afganistanie zginął 29. polski żołnierz Starszy szeregowy Rafał Nowakowski zginął we wtorek w Afganistanie w wyniku ataku na polski patrol – poinformował Polski Kontyngent Wojskowy. To 29. polski żołnierz, który zginął w Afganistanie.
W godzinach porannych doszło do ataku na polski patrol, w wyniku którego zginął jeden żołnierz, a dwóch zostało rannych. Do ataku doszło na południu prowincji Ghazni, gdzie pod samochodem patrolowym wybuchła bomba. Rannym żołnierzom nie zagraża niebezpieczeństwo.
St. szer. Rafał Nowakowski służył w wojsku od 2003 roku. Był żołnierzem 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczu, gdzie służył na stanowisku strzelca w batalionie piechoty zmotoryzowanej. W Afganistanie pełnił obowiązki młodszego celowniczego. Był kawalerem. Miał 30 lat. źródło: PAP __________________________________________________ | wtorek, 4 października 2011 Mamy najwięcej zawodów regulowanych w Europie Polska ogranicza dostęp do największej liczby zawodów spośród wszystkich państw europejskich. Zawodów w różny sposób reglamentowanych jest u nas aż 380. Dla porównania Niemcy ograniczają dostęp do 152 zawodów, Francja do 150, Holandia do 134, a Estonia jedynie do 47 zawodów.Tak wielka liczba zawodów reglamentowanych w Polsce przekłada się na rosnące bezrobocie wśród absolwentów, na emigrację zarobkową Polaków, na wysokie koszty usług, na wyzysk młodych pracowników, na wysokie koszty funkcjonowania państwa, na inflację prawa, i wreszcie na obniżenie konkurencyjności polskiej gospodarki.
Z tych powodów Fundacja Republikańska opracowała raport omawiający wymogi potrzebne do wykonywania poszczególnych zawodów oraz analizujący te przepisy pod kątem zasadności wprowadzania konkretnych ograniczeń z punktu widzenia ochrony interesu publicznego. W raporcie proponujemy zdecydowane obniżenie wymagań lub całkowite zniesienie ograniczeń w przypadku większości zawodów w tej chwili zamkniętych. Wprowadzenie zmian rekomendowanych w raporcie dałoby Polsce 10 miejsce w zestawieniu państw europejskich o najniższym poziomie reglamentacji dostępu do zawodów.
Przed kandydatami do omawianych 380 zawodów stawiane są obecnie bariery w postaci odpowiedniego wykształcenia, egzaminów państwowych lub korporacyjnych, konieczności uzyskania wpisu do rejestru po spełnieniu określonych warunków, wymogów doświadczenia i praktyk zawodowych, a także różnych dodatkowych kryteriów, takich jak niekaralność, świadectwa zdrowia, etc.
Trudno nie dostrzec związku między olbrzymią liczbą zawodów regulowanych a dynamicznie rosnącym bezrobociem wśród absolwentów. Według Eurostatu udział młodych bez pracy wśród ogółu bezrobotnych w Polsce w pierwszym kwartale 2011 roku sięgnął 25%. Bezrobocie wśród młodych jest u nas wyraźnie powyżej średniej europejskiej (20%). W ciągu ostatnich 3 lat wzrosło ono o około 7%, a Polska wyprzedziła w tym niechlubnym rankingu m.in. Rumunię, Szwecję i Francję.
Minister Michał Boni w raporcie „Młodzi 2011” poszukuje rozwiązania problemu bezrobocia wśród absolwentów proponując, między innymi, wprowadzenie doradców zawodowych w gimnazjach. Naszym zdaniem znacznie bardziej skutecznym sposobem byłoby zdecydowane otwarcie dostępu do zamkniętych korporacji zawodowych.
Uważamy, że reglamentowanie dostępu do tak wielkiej liczby zawodów oznacza ograniczenie wolności i praw konstytucyjnych. Zgodnie z art. 65 ust. 1 Konstytucji RP każdemu zapewnia się wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy. Ograniczeniem tej wolności może być jedynie ochrona wartości wyższych takich jak zdrowie czy bezpieczeństwo publiczne.
Obecny poziom reglamentacji zawodów w większości przypadków nie spełnia kryterium ochrony interesu publicznego. Jest natomiast zabezpieczeniem partykularnych interesów obecnych członków korporacji, ograniczaniem konkurencji i zbędnym utrudnieniem dla kandydatów do zawodów. Jeśli polska gospodarka ma na równi konkurować z gospodarkami pozostałych państw europejskich potrzebne jest zdecydowane ograniczenie liczby zawodów regulowanych.
Zachęcam do zapoznania się z załączonym niżej raportem i tabelą przestawiającą ograniczenia w dostępie do zawodów. ZAWODY REGULOWANE - RAPORT - KLIKNIJ! TABELA ZAWODÓW REGULOWANYCH - KLIKNIJ! źródło: dr Stanisław Tyszka / republikanie.org __________________________________________________ | wtorek, 4 października 2011
Grupa trzymająca sondaże Sondaże mogą zniszczyć lub wylansować kandydata na prezydenta, zdymisjonować ministra, a nawet skasować niewygodny telewizyjny program. Tymczasem w polskich sondażowniach rządzą ludzie z powołanego przez Wojciecha Jaruzelskiego w stanie wojennym „mundurowego” CBOS, który był orężem generalskiej junty. Dziś zasiadają we władzach OBOP, Pentora, PBS i IPSOS.
Legendarny punkowy zespół Dezerter śpiewał w 1987 r. piosenkę "Szwindel": "Postawią sobie pomnik bohatera/ Wybiorą sobie nowego premiera/ Stworzą nowy system polityczny/ I będą dumni, że jest demokratyczny/ Znowu szwindel szykują nowy/ Znów chcą się dobrać do twojej głowy". Żyjemy w kraju, w którym demokrację niszczy szwindel. Jest nim przeżarta patologicznymi powiązaniami piąta władza, bo tak nazywa się ośrodki badania opinii publicznej. Władza sondażowni jest ogromna. – Za pomocą sondaży można zniszczyć kandydata na prezydenta lub szanse partii politycznej na władzę. Można zdymisjonować ministra, ogłaszając, że tego chcą ludzie. Można skasować niewygodny program telewizyjny, podając fałszywe informacje o jego odbiorze przez widzów – mówi socjolog, dr Włodzimierz Petroff.
Tam gdzie sondażowiec strzela sobie w łeb...
W 1992 r. w Wielkiej Brytanii wybuchł gigantyczny skandal. Sondażownie przewidywały w wyborach parlamentarnych 2-procentowe zwycięstwo Partii Pracy. Tymczasem wygrali – i to aż 8 procentami – konserwatyści. Przywiązani do demokracji Brytyjczycy uznali, że jest ona zagrożona. Do zbadania skandalu powołano specjalną parlamentarną komisję. Miesiącami, przy udziale najwybitniejszych ekspertów, z chirurgiczną precyzją badano popełnione błędy. Naukowcy opisywali drobiazgowo, punkt po punkcie, wszystkie przyczyny pomyłki. W efekcie skandal do dziś się nie powtórzył i w kolejnych wyborach prognozy były zbliżone do prawdziwych wyników.
W 1995 r. podobne wydarzenie miało miejsce we Włoszech. Jeden z przedstawicieli ośrodków badania opinii publicznie przepraszając za popełnione błędy, udał nawet, że strzela sobie w łeb atrapą pistoletu. Inna agencja wystosowując publiczne przeprosiny, ogłosiła, że rezygnuje z honorarium za przeprowadzone nietrafne badania.
... i tam gdzie jest bezkarny
A u nas? Na tydzień przed drugą turą zeszłorocznych wyborów prezydenckich TVN poinformował za GfK Polonia, że Tusk wygrywa z Kaczyńskim różnicą 24 procent – 62 do 38. W wyborach wygrał Kaczyński, zdobywając ponad 54 proc. przy niespełna 46 proc. Tuska. Oznacza to, że GfK Polonia pomyliła się o... 32 punkty procentowe.
Nikt w GfK Polonia nie popełnił – nawet pozorowanego – samobójstwa. Nie podali się do dymisji szefowie firmy, a badacze zainkasowali pieniądze. Żaden z nich nie trafił za kratki ani nawet na ławę oskarżonych. Bo o ile oszustwa sędziów piłkarskich czy sportowych działaczy nie są już bezkarne, o tyle tych, którzy z premedytacją niszczą wywalczoną w latach 80. przez Solidarność demokrację, nie spotyka u nas nawet ostracyzm.
Elżbieta Gorajewska, rzecznik odpowiedzialności dyscyplinarnej w branżowej Organizacji Firm Badania Opinii i Rynku (OFBOR) robiła wrażenie zaskoczonej, gdy spytaliśmy ją o odpowiedzialność firmy GfK. – To nie jest wina firmy. Ludzie kłamią ankieterom – wyjaśniła rozbrajająco. Dodała, że za czasów jej rzecznikowania nie było ani jednej sprawy dyscyplinarnej dotyczącej sondażu politycznego. Maciej Siejewicz z firmy GfK powiedział nam, że w jego firmie nie przeprowadzono żadnych procedur sprawdzających przyczyny gigantycznego błędu. – Ale zmieniliśmy metodologię badań – dodał.
Polskie sondażownie czują się bezkarne. Jeśli dziennikarz napisze nieprawdę, można pozwać go do sądu. Ale socjolog, który "pomyli się" o 32 proc., zawsze może się czymś wytłumaczyć. Mówi, że ankietowani go okłamali. Albo jakaś ich część, o określonych poglądach, nie chciała z nim rozmawiać. A inni w ciągu tygodnia zmienili zdanie. Socjologowi nie da się udowodnić, że skłamał. Bo kogo powołać na świadków? "Próbę" tysiąca anonimowych respondentów z całego kraju?
Fałszerstwa sondaży wyglądają więc na zbrodnię doskonałą. Ale także najdoskonalszy zbrodniarz, nawet jeśli nie zostawi dowodów, to nie ma szans zatrzeć wszystkich poszlak. Poszliśmy ich tropem. Rozmawialiśmy z dziesiątkami osób z tego środowiska. Zbadaliśmy życiorysy tych, którzy rządzą "piątą władzą".
Kampania reżyserowana przez sondażownie
"Nie załamuj się... Może i przegrałeś wybory... Ale nadal jesteś liderem sondaży!" – taki komiks robił w zeszłym roku furorę w internecie. Kampanie prezydencka i parlamentarna obfitowały w dziwne wydarzenia, których słynny sondaż GfK był tylko ukoronowaniem. Wiele wskazuje, że w czasie jej trwania sztucznie wylansowani przez ośrodki zostali aż dwaj z głównych pretendentów: Tusk i Cimoszewicz. 26 czerwca 2005. Włodzimierz Cimoszewicz kilka tygodni wcześniej ogłosił, że nie będzie startować w wyborach prezydenckich. Mimo to firma Pentor ogłasza wyniki sondażu, według którego... kandydat lewicy cieszy się 22-procentowym poparciem. Dwa dni później Cimoszewicz ogłasza: przekonały go "liczne głosy rodaków". Choć jest człowiekiem skromnym i niepchającym się na stanowiska, to jednak wystartuje.
9 sierpnia 2005. GfK Polonia ogłasza wynik badania, z którego wynika, że nagle mocno skoczyło w górę poparcie Donalda Tuska, który w ciągu trzech tygodni awansować miał z piątego na pierwsze miejsce w sondażu. W lipcu popierało go 8 proc. Polaków i socjologowie nie dawali mu szans na wejście do drugiej tury. Teraz ma mieć aż 24 proc.
15 września 2005. Po wycofaniu się Cimoszewicza PBS ogłasza zrobiony dla "Gazety Wyborczej" sondaż, z którego wynika, że Tusk jest już bliski zwycięstwa w pierwszej turze. Ma mieć poparcie 49 proc. wyborców. Lech Kaczyński nie ma nawet połowy tego – popiera go 22 proc. Z badań PBS ma wynikać, że po wycofaniu się Cimoszewicza może on zyskać całe... 2 proc. Jeszcze dalej idzie "Rzeczpospolita", która ogłasza, że lidera PO popiera 51 proc.
Jeśli wierzyć PBS-owi, Tusk pozyskiwał wyborców w szaleńczym wręcz tempie – w połowie lipca popierało go zaledwie 8 proc., w połowie września – blisko połowa.
W jakich ośrodkach Tusk i Cimoszewicz uzyskali zaskakująco wysokie poparcie? Tusk znakomite wyniki miał w PBS. Prezesem PBS jest Krzysztof Koczurowski. Był on jednym z założycieli Kongresu Liberalno-Demokratycznego, którego działacze – z Tuskiem na czele – rządzą obecnie PO. Zasiadał w zarządzie tej partii, w 1991 r. był jedną z trzech osób, które kierowały kampanią wyborczą KLD.
Z kolei Cimoszewicz sensacyjny wynik uzyskał w kojarzonym z SLD Pentorze. Kto rządzi Pentorem? O tym w dalszej części tekstu.
Jakie skutki może mieć zawyżenie wyniku jednego z kandydatów? W momencie gdy wyborcy nie mają jeszcze sprecyzowanych poglądów, na kogo głosować – olbrzymie. Ludzie wybierają spośród tych, którzy się liczą, a tych wyznacza sondaż. Wybierając, wolą być po stronie zwycięzców. Wielkie znaczenie ma dla nich wybór "zwykłych ludzi", takich jako oni, który pokazywać powinien sondaż. – Wpływ sondaży na politykę jest ewidentny. Zasada jest taka, że jeśli wygrywasz w sondażach i masz aferę u przeciwnika, to powinieneś wygrać – mówi Jacek Chołoniewski z firmy Estymator, współtworzącej Polską Grupę Badawczą, która najtrafniej przewidziała wynik wyborów z zeszłego roku.
Ubocznym skutkiem tego jest wzrost poczucia bezkarności nieuczciwych badaczy. Bo w przypadku mocno nagłośnionego sondażu często się zdarza, że wyniki sfałszowanego badania potwierdzają, choćby częściowo, wyniki innych ośrodków. Bo pierwszy sondaż zdążył już uruchomić lawinę.
Amerykański psycholog społeczny Robert Cialdini przywołuje w swej książce "Wywieranie wpływu na ludzi" szokującą historię sekty Świątynia Ludu w Jonestown w Gujanie. Jak dowodzi Cialdini, jej 910 członków popełniło samobójstwo m.in. dlatego, że uznawali "społeczny dowód słuszności" – widzieli popełniających samobójstwo współwyznawców.
Według Cialdiniego techniki używane przy werbowaniu ludzi do sekty i zmuszaniu ich do posłuszeństwa często nie różnią się od tych, jakie stosują spece od marketingu. Szefom ośrodków badania opinii publicznej idzie o tyle łatwiej, że nie wymagają od wyborców samobójstwa, a tylko oddania głosu na odpowiednią partię polityczną. A może inaczej: samobójcze skutki zagłosowania na partię np. związaną z oligarchią postkomunistyczną są rozłożone w czasie.
Taśmy prawdy i sondażowa ściema
Przykład nieco świeższy. Po emisji taśm Beger Fakty TVN podały, że na PO głosować chce 34,2 proc. wyborców, a na PiS zaledwie 19,2. Jeszcze bardziej zaszalał Pentor, według którego PO wygrywało z PiS 34 do 18,1. – W rzeczywistości notowania PiS spadły o około 2–3 procent – mówi Jacek Chołoniewski z Polskiej Grupy Badawczej, która najtrafniej przewidziała wynik zeszłorocznych wyborów.
W sześć tygodni po sondażach pokazujących około 16-procentową przewagę PiS w prawdziwych wyborach samorządowych padł remis – PO wygrała wprawdzie o 2 proc. w wyborach do sejmików, ale znacznie wyżej przegrała z PiS w powiatach i gminach.
Kto zorganizował dziwny sondaż dla Faktów, pokazujący gwałtowny spadek notowań PiS? Firma SMG/KRC. Była to nie lada niespodzianka, bo ta licząca się na rynku badań marketingowych firma powróciła do badań preferencji politycznych po kilku latach przerwy. Kim są szefowie SMG/KRC? Prezes tej firmy Krzysztof Borys Kruszewski to syn prof. Krzysztofa Kruszewskiego, słynnego sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR, organizatora bojówek, które w 1979 r. katowały uczestników spotkań opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych, nazywanego latającym uniwersytetem. W latach 1980–1981 Kruszewski-senior był ministrem oświaty.
Krzysztof Borys Kruszewski podkreśla, że nigdy nie podzielał poglądów ojca. Jego firma została założona w 1989 r. przez grupę młodych absolwentów socjologii i kojarzona była z nowym, "solidarnościowym" rządem. Badania robiła głównie na zlecenie otoczenia premiera Mazowieckiego, ministra Balcerowicza oraz Jeffreya Sachsa, a także zlecane przez Amerykanów. Jak powiedział nam Kruszewski-junior, Amerykanie uważali, że ośrodki, które działały w PRL, są mało wiarygodne. Szukali kogoś nowego i tak trafili do SMG/KRC.
Pułkownik Kwiatkowski i towarzysz Mauzer
Kim są ci, którzy odpowiadają za stan polskiej socjometrii? Aby się tego dowiedzieć, cofnijmy się o 20 lat, do tajemniczej postaci pułkownika Kwiatkowskiego. Nie tego z komedii Kazimierza Kutza. O ile filmowy Kwiatkowski podawał się za oficera UB, to twórca powołanego w stanie wojennym CBOS płk Stanisław Kwiatkowski (dziś znacznie bardziej znany jest jego syn – były prezes TVP Robert Kwiatkowski) usytuowany był w hierarchii władzy PRL znacznie wyżej.
Urodzony w 1939 r. guru polskiej socjometrii od 1973 r. był doradcą ministra obrony Wojciecha Jaruzelskiego. Pozostał nim także, gdy Jaruzelski został premierem. Doradca Jaruzelskiego miał za sobą publikacje wychwalające szybki rozwój Związku Radzieckiego, wygrywającego gdy chodzi o ekonomiczny rozwój ze Stanami Zjednoczonymi.
Stan wojenny stał się okazją do tego, by Kwiatkowski mógł kontynuować swój zawodowy rozwój w nowej instytucji.
W pierwszym numerze "Biuletynu CBOS" (1/85) Kwiatkowski tak opisywał początki tego ośrodka: "Z zamiarem powołania takiej instytucji noszono się już od dawna. Stało się to jednak właśnie w czasie trwania stanu wojennego, co w połączeniu z faktem, że uchwałę w tej sprawie podpisał prezes Rady Ministrów generał armii Wojciech Jaruzelski, ma swoją wymowę. Z urzędu opiekę nad "noworodkiem" sprawują od początku szef Urzędu Rady Ministrów i przewodniczący Komitetu Społeczno-Politycznego Rady Ministrów".
Odnotowywał, że centrum "ma obowiązek pośredniczyć – jak się zwykło mówić – między władzą a społeczeństwem". Stwierdzał też, że "działalność Centrum ma być w swoich założeniach usługowo-użytkowa w stosunku do potrzeb rządu".
Jakie poglądy reprezentował pułkownik? W wydanej w 2003 r. książce "Szkicownik z CBOS-u" Kwiatkowski przedrukowuje swój artykuł z pisma "Tu i teraz" z 2 marca 1982 r. Ale ze skrótami. Pułkownik pomija pewien niewygodny dziś fragment, w którym – dziesięć tygodni po pacyfikacji kopalni Wujek – wyrażał swą aprobatę dla pomysłu walki z opozycją przy użyciu broni palnej: "Zgadzam się w ocenie co do konieczności przeciwdziałania kontrrewolucji. Nigdy zresztą nie było wątpliwości w sytuacjach skrajnych, gdy przeciwnik sięgnął po władzę i gdy zorganizowaną opozycję przełamywano przy pomocy wszystkich środków, którymi dysponuje socjalistyczne państwo. Zawsze, kiedy wymiana zdań przechodziła w wymianę strzałów, «głos zabierał towarzysz Mauzer»".
Główna myśl Kwiatkowskiego była jednak inna: oprócz robienia użytku z towarzysza Mauzera z opozycją trzeba walczyć także intelektualnie. Pułkownik postulował, by opozycję "pozbawiać bazy społecznej", zaś opozycjonistów "dyskwalifikować politycznie, obnażać ukryte intencje, rozbijać logicznie. Tak przecież rozprawił się Lenin z empiriokrytykami".
Zarówno współpracownicy, jak i przeciwnicy podkreślają, że Kwiatkowski wyróżnia się nieprzeciętną inteligencją. Zbigniew Maj, dziś pracujący w OBOP, mówi wprost: – Pracowałem w dziewięciu firmach w tej branży i powiem panu, że prezes Kwiatkowski był z moich szefów najbardziej światłą osobą.
Sondaże pieczone w mundurkach
W czasach telewizyjnych spikerów w mundurach także stworzony przez Kwiatkowskiego w 1982 r. CBOS współtworzyli dobrani przez niego wojskowi. Kwiatkowski zabrał ze sobą z gabinetu ministra obrony Halinę Hałajkiewicz, którą wspomina jako "pierwszego pracownika z legitymacją CBOS". To Hałajkiewicz redagowała "Biuletyn CBOS". Zajmowała się też pisaniem raportów z badań.
Na wojsku Kwiatkowski oparł też jego lokalne struktury, o czym pisze w "Szkicowniku": "Wpadłem na pomysł, że najszybciej i sprawniej będzie, jeśli koordynatorami wojewódzkimi zostaną, przynajmniej doraźnie, oficerowie z Wojskowych Poradni Psychologicznych". Zbigniew Maj wspomina: – Na początku koordynatorzy to byli pracownicy wojska. Oni wynajmowali ankieterów i dostarczali nam wyniki. Nie zawsze byli to fachowcy wysokiej klasy. Ci, co ewidentnie się nie nadawali, później odeszli. Jak Kwiatkowskiego traktowała władza? On sam pisał w "Polityce" (4.04.1987): "Kiedyś, w początkach działalności Centrum Badania Opinii Społecznej zdarzało się, że pytano mnie o sprawy, które jedno z ministerstw nazywa wewnętrznymi. Mylono mój mundur z innym mundurem, a badania opinii, z innego rodzaju służbą państwową".
Młodzież, partia, Pentor
Kwiatkowski zadowolony był z efektów swej pracy. W 1985 r. meldował: "Jak sądzę, mogę liczyć, że Obywatel Generał uzna zadanie za wykonane". Z notatek umieszczonych w "Szkicowniku": "Kończę rok 1985 w przekonaniu, że wywiązałem się z zadania, jakie otrzymałem w okresie stanu wojennego". Proponuje, że w tej sytuacji może podać się do dymisji. Kwiatkowski znalazł godnego następcę: "Nadmieniłem, że nareszcie znalazłem odpowiedniego zastępcę ds. badań: dr Eugeniusz Śmiłowski «może kandydować na następcę dyrektora»" – odnotował.
Śmiłowski na uznanie zasłużył zapewne jako publicysta związanego z ZSMP pisma "Pokolenia", w którym opublikował artykuł "Młodzież–partia–społeczeństwo", czyli relację z konferencji "naukowej" zorganizowanej w Pokrzywnej przez "Komitet Wojewódzki PZPR w Opolu przy współpracy Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR" ("Pokolenia" 6/83).
Obecnie Śmiłowski jest prezesem Pentora. Przypomnijmy: ośrodka, który opublikował sensacyjny sondaż z Cimoszewiczem jako liderem.
Jaruzelski jak zawsze najlepszy
Także inni byli współpracownicy Kwiatkowskiego odgrywają dziś w ośrodkach badania ogromną rolę. Elżbieta Lenczewska-Gryma jest dziś Liderem Sektora Badań Medialnych w OBOP. W biuletynach CBOS pisała o nastrojach wśród nauczycieli, podkreślając ich poparcie dla władzy: "Spośród instytucji i grup funkcjonujących w życiu publicznym nauczyciele skłonni byli obdarzyć największym zaufaniem Sejm, wojsko, rząd i Radę Państwa (3/4 badanych), następnie związki zawodowe, PRON i PZPR (2/3 badanych), nieco rzadziej Kościół i milicję (w obu przypadkach po 57%) i najrzadziej opozycję polityczną (co 10 badany)" (Biuletyn CBOS 7/86, test pisany razem z Elżbietą Kościesza-Jaworską).
Obecny kolega Lenczewskiej z OBOP Zbigniew Maj poddawał szczegółowej analizie sondaż sformułowany tak: "W wyborach do rad narodowych wzięło udział 75 proc. obywateli. To dużo czy mało?". Dalej padało pytanie, komu to zawdzięczamy oraz kto zyskał na takiej frekwencji. I padały odpowiedzi – wśród nich "władza" oraz "partia".
Elżbietę Gorajewską, rzecznik odpowiedzialności zawodowej w OFBOR (wcześniej była jej prezesem), cytowaliśmy na początku tekstu. Jej postawa przestaje dziwić, gdy przeczytamy jej artykuły z lat 80. W jednym z biuletynów obecna szefowa AGB Nielsen Media Research dowodziła, jak popularny w społeczeństwie jest generał Jaruzelski: "Respondenci wybierając z listy zawierającej nazwiska zarówno działaczy państwowych i partyjnych, jak i ludzi związanych z Kościołem, działaczy b. "Solidarności" – tych ludzi, którzy darzą sympatią, najczęściej wskazują na gen. W. Jaruzelskiego – 71,7% i kardynała Glempa – 68,7%". Z badań wynikało, że zdaniem Polaków Jaruzelski przyczynił się do "zachowania suwerenności Polski" (miało tak twierdzić 72 proc.) oraz "zapobieżenia wojnie bratobójczej" (aż 83,1 proc.). Gorajewska konkludowała: "Niekwestionowane są więc dwa osiągnięcia rządu generała Jaruzelskiego: zaopatrzenie rynku i spokój społeczny" (1–2/86).
W innym numerze (3/85) opublikowała tekst "System społeczno-polityczny kraju w ocenie młodzieży szkolnej". Pisała w nim: "Rejestrujemy natomiast spadek krytycyzmu badanych w ocenie 40-letniego dorobku ustroju socjalistycznego w Polsce. (...) Zauważamy również stosunkowo wysokie – zwłaszcza w 1985 r. – na tle innych instytucji i ugrupowań, oceny działalności wojska. Towarzyszy temu brak akceptacji dla działalności nieoficjalnych struktur politycznych – opozycji politycznej oraz spadek ocen pozytywnych Kościoła w stosunku do ocen z 1983 r.".
Beata Jaworska od 17 października jest dyrektorem badań jakościowych w IPSOS. Wcześniej pracowała w Pentorze. Ostatnio przez dwie kadencje zasiadała z nadania SLD w zarządzie Polskiego Radia. W biuletynie opisywała badania "Młodzi o polityce", z których wynikało, że oceniają oni korzystniej milicję niż opozycję polityczną. Jeszcze lepsze notowania miały wojsko i PZPR ("Biuletyn CBOS" 3/87, tekst pisany razem z Elżbietą Gorajewską).
Pluralizm związkowy niekoniecznie
U pułkownika Kwiatkowskiego pracował cały obecny zarząd Pentora – znany nam już Eugeniusz Śmiłowski, Jerzy Głuszyński, i Piotr Kwiatkowski. Głuszyński to były członek Komisji Ideologicznej KC PZPR. W latach 1973–1980 był działaczem SZSP, w którym m.in. przewodniczył Komisji Nauki (dziś byli członkowie tej organizacji tworzą Stowarzyszenie Ordynacka). W PZPR działał od 1978 r. W latach 1984–1986 był członkiem Prezydium Komisji ds. Młodzieży Sportu i Turystyki KW PZPR w Poznaniu. Do wspomnianej Komisji Ideologicznej KC trafił w 1986 r. Działał też w Związku Młodzieży Wiejskiej (ZMW). W latach 1987–1988 był przewodniczącym zarządu krajowego tej organizacji. W wywiadzie dla "Trybuny Ludu" (93/88) Głuszyński mówił: "Jesteśmy dziś jedyną organizacją o charakterze politycznym, powstałą w gorącym okresie posierpniowym, która nie została zawieszona podczas stanu wojennego i która, oczywiście zmieniając się po drodze, dobrze, jak sądzę, wpisana jest w obecny czas dokonujących się zmian". Dodawał, że "sens istnienia związku leży w jego charakterze ideowo wychowawczym i w sferze wychowania musimy przede wszystkim osiągać rezultaty".
W biuletynach są też teksty Małgorzaty Czarzasty – żony Włodzimierza Czarzastego i udziałowca Muzy SA.
W rozmowie z nami żaden z prominentnych dziś w branży byłych pracowników CBOS nie przyznał się do manipulowania sondażami. Elżbieta Lenczewska-Gryma pytana o to, jak wspomina czasy CBOS, odpowiedziała. – Cudownie. To była właściwie pierwsza w PRL możliwość robienia badań nastrojów społecznych.
– Pan chyba dzwoni do nieodpowiedniej osoby, żeby pytać o manipulacje. Ja byłem w CBOS głównym specjalistą – stwierdził Zbigniew Maj. – Żadnych manipulacji nie było, chociaż nie wszystko było publikowane. Były raporty, które otrzymywało tylko kilka osób w państwie, trzymane w szafie pancernej.
Paweł Chełstowski, w latach 80. pracownik CBOS, jest dziś dyrektorem w PBS: – Byłem w CBOS szeregowym pracownikiem. Nikt nie usiłował wpływać na moje badania.
Jerzy Głuszyński, Pentor: To była rzetelna robota badawcza, bez nacisków. Że nie wszystkie publikowano, to oddzielna sprawa.
Na to, jak było w praktyce, wskazują jednak zalecenia KC PZPR. 12 lutego 1985 r. Sekretariat KC ustanowił "zasady informowania o wynikach opinii społecznej". Pod instrukcją podpisało się dwóch członków Biura Politycznego. Według niej uzgadnianiu z odpowiednimi sekretarzami KC w trybie roboczym podlegały "badania dotyczące organizacji i instancji partyjnych" oraz "informowanie o wynikach badań opinii o PZPR", a także "publikowanie wyników badań prognostycznych w odniesieniu do kierunku rozwoju systemu politycznego w kraju".
Niektóre ówczesne wypowiedzi Kwiatkowskiego budzą śmiech. Gdyby wierzyć pułkownikowi, to Polacy bez nadmiernej niechęci odnosili się do... podwyżek. Jak pisał pułkownik w "Polityce" (13.07.1985), 57,5 proc. badanych uznało podwyżkę za nieuniknioną, zaś 41 proc. za konieczną.
CBOS pod wodzą Kwiatkowskiego dotrwał do 1990 r. W 1989 r. centrum zorganizowało osławione badania na zlecenie OPZZ. Wynikało z nich, że Polakom raczej wystarczy jeden związek zawodowy. Kwiatkowski referował na łamach "Res Publiki": "W kwestii pluralizmu związkowego opinie są biegunowo podzielone. Gdyby zrobić ogólnopolskie referendum, przeważałyby o parę procent głosy opowiadających się za jednym związkiem w przedsiębiorstwie. Aż co czwarty Polak nie miałby zdania w tej sprawie".
Od towarzysza Mauzera do GfK Polonia
W 1990 r. Kwiatkowski odszedł z CBOS. Jego miejsce zajęła prof. Lena Kolarska-Bobińska. Ale nie był to koniec kariery pułkownika. "Największe, niezależne, prywatne ośrodki badania w Polsce po 1989 roku tworzyli (od podstaw!) specjaliści z CBOS. Przykładem GfK Polonia i Pentor" – napisze w swojej książce.
Sam pułkownik zaczął tworzyć w 1990 r. firmę GfK Polonia, której dyrektorem był do 1995 r. Dziś mało kto pamięta, że to kolejne dziecko Kwiatkowskiego. Dlaczego? Przez wiele lat GfK nie pojawiała się zbyt często w mediach, bo nie prowadziła sondaży politycznych, a tylko badania marketingowe. Dopiero w ostatnich latach zajęła się polityką, co w branży zostało odebrane jako niespodzianka.
Z jakich ludzi Kwiatkowski stworzył GfK? Odpowiedź znajdujemy na łamach pisma "Brief" (47/2003), w tekście o Elżbiecie Gorajewskiej. "Brief" pisze o niej: "W 1990 r. opuściła firmę. Powód? Z CBOS-u odszedł jego szef, prof. Stanisław Kwiatkowski, który miał stworzyć polski oddział niemieckiego instytutu badawczego GfK. Prof. Kwiatkowski zdołał przekonać część pracowników CBOS-u, aby rozpoczęli pracę w nowej firmie. Wśród tych osób była Elżbieta Gorajewska, która miała zająć się badaniami mediowymi. Ostatecznie, została kierownikiem działu mediów i reklamy firmy GfK Polonia". W GfK pracowała do 1996 r.
Najwięcej plotek w środowisku budzi osoba Marka Markiewicza, dyrektora w GfK Polonia. Markiewicz wyróżnia się tym, że nie jest socjologiem i przed objęciem kierowniczego stanowiska w firmie mało kojarzył się z badaniami. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej, a w latach 1980–1990 był doradcą ministra kultury ds. organizacji i zarządzania. Odgrywa też wielką rolę w lobby badaczy – jest członkiem zarządu OFBOR.
Antykomuniści zawsze słabi w sondażach
Polityczne sondaże po 1989 r. to wielka seria wpadek. Ośrodki zgodnie prorokowały, że do drugiej tury w pierwszych wyborach prezydenckich przejdzie Tadeusz Mazowiecki, a nie Stan Tymiński. Według OBOP wyniki miały wynosić odpowiednio: Wałęsa 38 proc., Mazowiecki 23 proc., Tymiński 17 proc. Miesiąc wcześniej – 17 października – prowadzić miał Mazowiecki z wynikiem 29 proc. przed Wałęsą – 24 proc.
Podobnie bywało w wyborach parlamentarnych. W 1993 r. przewidywał, że wybory miała wygrać Unia Demokratyczna z poparciem 17,6 proc. Dostała 5 procent mniej. – Przyjmijmy, że sondaże zwiększyły poparcie UD o 5 procent. Oznaczało to awans z partii przeciętnej na liczącą się najbardziej – mówi Petroff.
Na wyliczanie przykładów nie starczyłoby tu miejsca, ale reguła jest jedna – w sondażach niemal zawsze pokrzywdzone są partie prawicowe, w szczególności opowiadające się za dekomunizacją, lustracją czy walką z układami. Aż do dziś.
Czy to oznacza, że sondażownie kłamią?
Pomożecie? Trudno powiedzieć
– Gierek zmartwychwstał i chce wrócić do władzy. Jeden z ośrodków badania opinii rozpisuje sondaż z pytaniem: "Pomożecie?". Jako że od lat 70. realia się zmieniły, respondenci mają aż trzy możliwości odpowiedzi na pytanie: "Tak, oczywiście", "Raczej tak" oraz "Trudno powiedzieć" – ten dowcip usłyszeliśmy od jednego z socjologów.
Anegdota pokazuje tylko jedną z metod manipulowania sondażami – wpływania na respondenta poprzez treść pytań lub podanych do wyboru odpowiedzi. Wielu z badaczy podkreśla, że metody manipulacji wcale nie muszą być prymitywne. – Polscy badacze są fachowi, gdy chodzi o warsztat, jeśli porównamy ich ze specjalistami z innych krajów – mówi jedna z ważniejszych osób z branży. – I właśnie dlatego wiedzą znakomicie, jak manipulować badaniami. – Fałszerstwa? Nie spotkałem się – śmieje się inny socjolog. – Dobry fachowiec potrafi uzyskać odpowiedni wynik bez wulgarnych fałszerstw.
Nasi rozmówcy opisali nam wiele takich metod. Oto niektóre z nich.
Pytania o politykę trafiają z reguły do tzw. omnibusa, czyli listy kilkudziesięciu pytań, z którymi ankieter przychodzi do badanego. Jeśli pyta o poparcie dla rządu, wynik można łatwo zmienić, umieszczając przed wspomnianym pytaniem inne, które ukierunkują respondenta. Jeśli wcześniej przeczyta on pytania o bezrobocie, patologie, emigrację zarobkową itp., to prędzej zdecyduje się negatywnie ocenić rząd. Jeśli przeczyta o wzroście gospodarczym, udanym pozyskaniu środków z Unii Europejskiej albo sukcesach w polityce zagranicznej, to częściej zaznaczy pozytywną ocenę.
W szczególności w końcówce kampanii wyborczej odgrywają u nas wielką rolę badania telefoniczne – robione na szybko, z dnia na dzień. Według kodeksu międzynarodowego stowarzyszenia ESOMAR, którego przestrzeganiem chwalą się polskie sondażownie, nie powinno się przeprowadzać badań telefonicznych tam, gdzie mniej niż 85 proc. obywateli ma telefony. Tymczasem u nas telefony stacjonarne – których dotyczą badania – ma zaledwie 73 proc. obywateli. Oznacza to też, że mieszkańcy wsi i ludzie starsi są w sondażach niedowartościowani – czyli partie mające wśród nich poparcie wypadną w sondażu słabiej.
W przypadku badań telefonicznych znaczenie może mieć też godzina, o której badacze zadzwonią do respondentów. Inne wyniki osiągną, gdy dzwonić będą w weekend, a inne w ciągu tygodnia. Inne wieczorem, a inne rano.
Podobnie bywa podczas chodzenia po mieszkaniach. Inne wyniki uzyskamy, ankietując mieszkańców bogatej, a inne biednej dzielnicy. Ankieter odwiedzający słynną "Zatokę Czerwonych Świń" w Warszawie z pewnością zawyży wynik postkomunistów.
Pytania o politykę umieszczane są zazwyczaj pod koniec omnibusa, bo badani odpowiadają na nie niechętnie. W efekcie np. połowa z nich jest zmęczona i na nie nie odpowiada. Badania reklamowane jako przeprowadzane na tysiącu respondentów są więc realnie przeprowadzane zaledwie na pięciuset.
Najbardziej znaną, ale i łatwą do wykrycia metodą jest tendencyjne zadawanie pytań. Pytając "Czy jesteś za obniżeniem podatków, które ma się przyczynić do zmniejszenia bezrobocia?" uzyskamy inną odpowiedź, niż gdy spytamy "Czy jesteś za obniżeniem podatków połączonym z obniżeniem zasiłków dla bezrobotnych i przywilejów socjalnych?".
Badania przeprowadzane przez chcących dorobić studentów często w ogóle są fikcją. Nasz redakcyjny kolega Filip Rdesiński, absolwent socjologii, tak wspomina studenckie praktyki w Poznaniu: Kiedy byłem na studiach, chyba w 2002 roku, gmina Tarnowo Podgórne wraz z moim instytutem prowadziła badania na temat jakości zarządzania tą gminą. Większość ankiet studenci wypełniali sami na kolanie w akademiku. Potem widziałem, jak obecny poseł PO Waldy Dzikowski, były wójt tej gminy, ogłaszał w telewizji jej wielki sukces. Przed badaniami oraz po zorganizowano poczęstunek. Badacze dostali m.in. kiełbaski i beczkę piwa.
Metody kontroli uczciwości ankieterów są mało skuteczne. Niemal każdy student spotkał się z propozycją kolegi co do badań marketingowych: "podam twój numer, jakby co, to potwierdź, że wypełniałeś".
Autorytety jako część systemu
Wielką rolę w utrzymywaniu obecnego skompromitowanego systemu odgrywają medialne autorytety socjologiczne. Tak się dziwnie składa, że z reguły stają one murem po stronie sondażowni. Nazwiska komentatorów zapraszanych do ogólnopolskich mediów można wymienić na palcach dwóch rąk: Ireneusz Krzemiński, Lena Kolarska-Bobińska, Andrzej Rychard, Radosław Markowski, Edmund Wnuk-Lipiński, Jacek Raciborski, Tomasz Żukowski.
Tak się też składa, że poglądy wszystkich tych osób, z wyjątkiem może Żukowskiego, mieszczą się pomiędzy SLD (publicysta pezetpeerowskich "Nowych Dróg" Raciborski) a Platformą (były działacz KLD Krzemiński).
Ważniejsze jest jednak co innego: wszyscy, łącznie z Żukowskim, wywodzą się z socjologicznego "środowiska" i nie zrobią koledze krzywdy oskarżając go o nierzetelność.
W kryzysowych sytuacjach, jak ta po zeszłorocznych wyborach, w mediach ukazują się wywiady z autorytetami naukowymi, które także bronią wiarygodności badań. Takie stanowisko zajmowali również cieszący się powszechnym autorytetem profesorowie Mirosława Grabowska czy Antoni Sułek. Ale nasi rozmówcy zwracają uwagę na fakt, że Sułek jest jednocześnie... konsultantem OBOP. – Kiedy słyszę wypowiedzi niektórych profesorów broniących skompromitowanych ośrodków badania opinii, a jednocześnie wiem, że są oni zatrudnieni na etatach w którymś z nich, zastawiam się w naturalny sposób, w jakiej roli występuje ów profesor – autorytetu naukowego czy lobbysty tej branży – mówi dr Włodzimierz Petroff.
Sondażu nie ma bez mediów
Uzdrowienie rynku blokuje jeszcze jeden bardzo istotny mechanizm. W ubiegłorocznych wyborach wyniki najbardziej zbliżone do prawdziwych uzyskało po raz kolejny (co zostało potwierdzone w analizie przygotowanej przez Centrum im. Smitha) konsorcjum Polska Grupa Badawcza. Mimo to sondaże PGB są zdecydowanie słabiej nagłaśniane przez media niż badania firm skompromitowanych. Branża stara się dyskredytować prowadzone przez PGB badania w miejscach publicznych (tzw. metoda "on street"), mimo że dają one lepsze efekty od pozostałych. Ale w praktyce liczą się właśnie te sondaże, które istnieją w mediach. A większość głównych mediów stoi po stronie tych, którzy nie podzielają poglądów PiS o potrzebie rozbijania "układu".
Poszczególne redakcje blisko współpracują z reguły z wybranym ośrodkiem. Geografia rozkłada się tu następująco: PBS współpracuje blisko z "Gazetą Wyborczą" i TVN. "Rzeczpospolita" korzysta z badań GfK. "Dziennik" i "Fakt" oraz TVP korzystają z badań OBOP. "Życie Warszawy" blisko współpracuje z Pentorem. Zaś badania PGB często bywają dyskryminowane (na przykład wiedzą o nich internauci Wirtualnej Polski, rzadziej Interii.pl, aż po całkowitą cenzurę na Onet.pl). Jak wspomina jeden z konsultantów PGB, gdy we władzach Polskiego Radia zasiadała wspomniana wychowanka Kwiatkowskiego Beata Jaworska, zakazywała zapraszania do studia Marcina Palade, współkierującego do niedawna PGB, i prezentowania wyników firmy. Ale PGB nie funkcjonuje nawet w programach informacyjnych TVP Wildsteina!
Czy z sondażową patologią, niszczącą demokrację, da się coś zrobić? Mamy nadzieję, że powyższy pierwszy w polskiej prasie opis stanu faktycznego może się do tego przyczynić. Pozostaje też mieć nadzieję, że wiedza ta może być przydatna dla prywatnych firm, oczekujących od sondażowni uczciwości. – Kiedy Pentor opublikował badania dotyczące Cimoszewicza, zbulwersowani tym byli marketingowi klienci tego ośrodka. Niektórzy mówili wprost, że skoro ośrodek może robić takie numery przy badaniach politycznych, to może ich oszukać, gdy chodzi o badania rynku dotyczące ich produktów – mówi wpływowa osoba w środowisku badaczy.
Ale z pewnością sprawa nie będzie łatwa. – Najgorsze jest to, że wielu młodych socjologów będących wychowankami starej gwardii nie jest wcale lepszych. Można tu mówić o całych "strukturach zła" – stwierdza Włodzimierz Petroff.
16 stycznia 2003 r. w "Gazecie Wyborczej" ukazało się sprostowanie, w którym pułkownik Kwiatkowski bronił rzetelności badań CBOS z lat 80. przed krytykami. Pułkownik napisał: "Właśnie świętowaliśmy 20-lecie powstania Centrum. Okazuje się, że specjaliści z CBOS są dziś na kluczowych stanowiskach w wielu najważniejszych ośrodkach badania opinii i rynku. Wszyscy z dumą mówili o początkach swojej kariery zawodowej i naszym wspólnym dorobku".
Owo sprostowanie było dla mnie inspiracją do napisania niniejszego tekstu. Muszę uczciwie stwierdzić, że teza pułkownika okazała się prawdziwa w stu procentach źródło: Piotr Lisiewicz / Polityka __________________________________________________ |
|